Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Z New York Knicks już nikt się nie śmieje

Z New York Knicks już nikt się nie śmieje

fot. New York Knicks

Na pierwsze od lat nieśmiałe pochwały New York Knicks zareagowali w sposób typowy – pięcioma porażkami z rzędu. Ale wygląda na to, że w Nowym Jorku – po latach upokorzeń i milionach beztrosko wyrzucanych w błoto – w końcu mają drużynę godną gry w NBA. Tylko tyle i aż tyle.

Kibicowanie Knicks to doświadczenie osobliwe. Gdy na początku sezonu drużyna z Nowego Jorku wygrała pięć z sześciu meczów, latami gnębieni przez swych idoli fani mogli w końcu wyjść z ukrycia i z dumą wieścić nadejście nowej ery. Sielanka trwała krótko, bo gdy w mediach społecznościowych wrzały już pierwsze dyskusje o wyższości Juliusa Randle’a nad Carmelo Anthonym i licytacje, na kogo Knicks trafią (w końcu!) w play-off, zespół Toma Thibodeau rozpoczął kolejną serię – porażek. Randle i spółka przegrali pięć razy z rzędu. Choć lepiej nazwać to wprost – zwyczajnie dostawali łupnia od każdego, kto akurat przechodził z tragarzami w pobliżu hali.



I kiedy kibice zaczęli już oswajać się z myślą, że wszystko zostaje po staremu – zaskoczyło. Knicks w ostatnim tygodniu (zanim skończyli go porażką z mającymi najgorszą obronę w NBA Kings) wygrali trzy mecze z rzędu, w tym pokonując, było nie było, niedawnych mistrzów z Golden State Warriors 119:104, i to u nich w domu. Oczywiście – ani seria porażek nie czyni nowojorczyków pośmiewiskiem ligi, ani passa zwycięstw kandydatami do mistrzostwa NBA. Ale nie to było celem przed tym sezonem. Najważniejszy już w Nowym Jorku osiągnięto – Knicks w końcu są „jacyś”. Bo przez ostatnie kilka lat byli drużyną-memem.

„Odmówiłem Knicks. Wolałem skończyć karierę. Tak właśnie pomyślałem: skoro jedyną drużyną, która oferuje mi jeszcze kontrakt, są New York Knicks, to znaczy, że już czas odejść na emeryturę”. Anegdota, którą w trakcie meczu Knicks – Nets w 2019 r. opowiedział komentujący to spotkanie Richard Jefferson, były ligowy weteran i mistrz NBA z 2016 r., większość fanów NBA rozbawiła do łez. Ale nie władze Knicks i ich kibiców. Klub zajął w tej sprawie oficjalne stanowisko zaprzeczając, by kiedykolwiek składał Jeffersonowi ofertę. Dziennikarze piszący o NBA zastanawiali się, czy to aby nie pierwszy przypadek w historii, gdy klub oficjalnie odnosi się do błahej na pozór dykteryjki ligowego komentatora. I choć pod presją działaczy Jefferson przyznał się, że tylko żartował, cała sytuacja stała się idealnym odzwierciedleniem tego, jak koszykarze przez lata traktowali klub z „Wielkiego Jabłka”. A traktowali jak najgorszą zsyłkę. Jak niegdyś transfer do Vancouver Grizzlies.

Z Knicks śmiali się bowiem wszyscy. Kibice, dziennikarze, koszykarze, a nawet scenarzyści. W serialu „BoJack Horseman” jeden z bohaterów mówił, że planował popełnić samobójstwo, ale „nie zrobił tego, bo Knicks rozgrywali dobry sezon i chciał zobaczyć, co przyniesie przyszłość”. W teorii, Knicks mają wszystko, by stworzyć drużynę marzeń. Mecze rozgrywają w Madison Square Garden, hali, której hasło reklamowe to „The World’s Famous Arena” i nie ma w tym cienia egzaltacji. Ich siedziba znajduje się w samym centrum Nowego Jorku – tuż przy Penn Station, niedaleko Empire State Building i jedną stację metra od Times Square. Nikt w NBA nie generuje tylu przychodów. Są jedną z najbardziej wartościowych ekip na świecie (wycenia się ich na ponad 5 mld dolarów), a kibicują jej rzesze fanów – na czele ze słynnym reżyserem Spikiem Lee.

Tyle teorii. Knicks od dawna są synonimem chaosu, którego uosobieniem jest kontrowersyjny właściciel James Dolan. Milioner od urodzenia i – jak nazywają go fani z Nowego Jorku – człowiek-demolka, zaczął rządzić Knicks tuż po tym, gdy w 1999 r. drużyna weszła do finału NBA. Choć Latrell Sprewell i spółka przegrali z San Antonio Spurs gładko 1-4, to przyszłość drużyny rysowała się w dość jasnych barwach. Tyle tylko, że rok po tym, gdy rządy w Nowym Jorku przejął Dolan, zespół się rozpadł i zaczął szorować po dnie NBA.

Dolan sezonie 1999/2000 nie miał skrupułów, by przeprowadzić wyprzedaż. Bez żalu oddał m.in. legendę Patricka Ewinga do Seattle SuperSonics. To do dziś jeden z najbardziej kuriozalnych transferów w historii ligi, a zdjęcia Ewinga w koszulce Sonics – w zasadzie w każdej innej niż Knicks – dziwią nawet po 20 latach. Dolan rozgonił drużynę, która doszła do finału Konferencji Wschodniej nie dlatego, że był skąpy. Właściciel Knicks płacił, i to hojnie. Zbyt hojnie. I nie tym, co trzeba. W 2001 r. nagrodził 31-letniego Allana Houstona umową wartą 100 mln dol. płatnych w sześć lat. Houston, ligowy weteran, który najlepsze lata gry miał już zdecydowanie za sobą, nie wytrzymał na parkiecie do końca kontraktu, trapiły go kontuzje, ale Dolan wypłacił mu to, co obiecał co do centa. Cztery lata później postanowił zatrudnić na stanowisku trenera Larry’ego Browna, oferując mu umowę życia i płacąc 50 mln dol. w pięć lat. Tyle że Knicks pod wodzą Browna okazali się jedną z najgorszych drużyn w lidze, a Dolan pozbył się szkoleniowca już po roku. Wykupienie kontraktu kosztowało go 18 mln dol.

Knicks w 2001 r. awansowali jeszcze do play-off, odpadli w I rundzie, a potem zaczęli spadać na dno. Wściekłość kibiców z Nowego Jorku rosła, fani żądali, by Dolan zostawił Knicks w spokoju i skupił się na swych pozostałych drużynach, którymi zarządza – New York Rangers z NHL, New York Liberty z WNBA i Hatford Wolf Pack AHL (niższa liga hokeja). Gdy w 2015 r. list do właściciela Knicks wysłał Irving Bierman, 73-letni fan, przedostał się on do mediów. Bierman, który kibicował Knicks od lat młodzieńczych, napisał pełną żalu skargę na złe zarządzanie jego ukochanym klubem. Dolan na list oczywiście odpowiedział, ale nie do końca tak, jak powinien: – To jakiś smutny, uzależniony od alkoholu człowiek. Niech zacznie kibicować Brooklyn Nets, bo w Knicks go nie chcemy – powiedział mediom.

Właściciel Knicks nie uczył się na błędach i wpadek miał jeszcze sporo. Bodaj najboleśniejszą, a z pewnością najgłośniejszą, zaliczył w 2016 r., podpisując umowę z Joakimem Noah. Francuzowi, solidnemu obrońcy, którego prime time powoli mijał, zaoferował 72 mln dol. za czteroletni kontrakt. Dla byłego gracza Chicago Bulls to było jak los na loterii. Noah umowę podpisał, ale już po roku stał się w Nowym Jorku zbędny. Francuz nie po to jednak podpisał kontrakt marzeń, by zrzekać się pieniędzy, których nie otrzymałby w żadnym innym miejscu na świecie. Ostatecznie Dolan wypłacił mu honorarium co do grosza, za każdy występ – Noah w trakcie swej nowojorskiej „kariery” zagrał w 53 meczach – płacąc 1,3 mln dol.

W trakcie rządów Dolana Knicks zmieniali pracowników jak rękawiczki (piętnastu trenerów i ośmiu prezesów od 1999 r.), ale sukcesów to nie dało. W XXI w. wieku drużyna wygrała tylko trzy serie play-off, ostatnią w erze Anthony’ego w 2013 r. Od tamtej pory nawet nie powąchała fazy play-off, a po drodze w irracjonalnych okolicznościach oddała Kristapsa Porzingisa, jednego z najbardziej utalentowanych wysokich zawodników w NBA. Chaos stał się synonimem Knicksów. Nic zatem dziwnego, że największe gwiazdy omijają Nowy Jork łukiem. Gdy w 2010 r. Knicks zrobili miejsce w budżecie na rekordową pensję dla LeBrona Jamesa, srogo się zawiedli, bo „The Chosen One” wybrał wówczas Miami Heat. Reszta jest historią.

Choć z omijaniem Nowego Jorku przez graczy formatu All-Star to nie do końca prawda, bo na Brooklynie wiedzą, jak sprowadza się największe gwiazdy. Gdy w 2019 r. Knicks byli wręcz pewni – choć może było to bardziej „chciejstwo” – że zatrudnią dwóch wolnych agentów Kevina Duranta i Kyrie Irvinga. Roztaczali plany i marzyli o tym, jak ten wielki duet wprowadzi Knicks na szczyt. Obaj gwiazdorzy rzeczywiście wybrali Nowy Jork. Ale umowy podpisali z Nets. – Bądźmy szczerzy, to od początku było nierealne. Gdyby Knicks byli chociaż trochę przyzwoitym klubem, mogliby powalczyć o KD i Kyriego – mówił w podcaście weteran ligi Jared Dudley. Trudno ściągnąć do Knicks dobrych, młodych graczy – tłumaczył swój wybór Durant. – Ja pamiętam starych dobrych Knicks, widziałem jak grali w finale w 1999 r. Ale nastoletni gracze? Oni znają tych słabych.

Tego lata w „Wielkim Jabłku” byli zresztą – jak pisali dziennikarze „The Athletic” – „oszołomieni i w głębokiej depresji”, bo nie tylko nie udało im się ściągnąć Duranta i Irvinga, ale i przekonać do siebie Kawhi Leonarda, który wybrał Los Angeles Clippers. Jakby tego było mało, Knicks nie mieli szczęścia w loterii draftowej. Wylosowali dopiero trzeci wybór, a kibice zamiast wyczekiwanego niczym zbawcy Ziona Williamsona dostali na otarcie łez RJ Barretta, który na domiar złego w debiutanckim sezonie grał fatalnie.

Co się więc zmieniło w Knicks przed tym sezonem, że w końcu zasługują na słowa pochwały? Zespół, który latami miał w zwyczaju zatrudniać ludzi nienadających się do pracy na kluczowych stanowiskach (Isaiah Thomas, Phil Jackson, Steve Mills), postawił na nowego generalnego menedżera. Został nim były ligowy agent Leon Rose. Nietypowy wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Nowy GM postawił na nowy zestaw ludzi. Asystentem mianował Walta Perrina, który z powodzeniem przez 19 lat pracował w Utah Jazz, a do sztabu dołączył Franka Zanina, byłego GM-a m.in. Brooklyn Nets., czy odpowiadającego za budowę strategii Knicks wiceprezydenta Brocka Allera, twórcę sukcesów Cleveland Cavaliers. Przede wszystkim Rose zatrudnił jednak trenera ze swojej dawnej stajni – Toma Thibodeau, byłego szkoleniowca m.in. Minnesoty Timberwolves i Chicago Bulls.

Nieco postawieni pod ścianą Knicks – znów odmówiły im gwiazdy, jak np. Gordon Hayward  – zbudowali zespół z graczy przeciętnych, ale harujących dla drużyny i nie marudzących. „Thibs” zagonił koszykarzy do ciężkiej pracy i nadał drużynie charakteru. Wreszcie. Trzon drużyny tworzą ci, którzy w lecie byli w teorii pierwszymi do zwolnienia – odbudowujący swą karierę Julius Randle, czy gracze, którzy byli na granicy pożegnania się nie tylko z Knicks, ale i NBA – Reggie Bullock i Elfrid Payton. Wsparcie dają i ligowi weterani Taj Gibson (ulubieniec Thibodeau) i Austin Rivers, ale i młodzież. Swój talent potwierdza drugoroczniak RJ Barrett, ale i 22-letni atletyczny center Mitchell Robinson, wybrany z numerem 8. draftu Obi Toppin i kolejny debiutant – rozgrywający Immanuel Quickley, który został wybrany z 25. numerem i zapowiada się na jeden z ciekawszych „przechwytów” ostatniej loterii.

Liderem jest jednak Randle, który przebłyski miał już w zeszłym sezonie, ale dopiero teraz prowadzi zespół do zwycięstw. 26-letni silny skrzydłowy imponuje wszechstronnością w ataku – zdobywa śr. 22,6 pkt., ale zalicza też ponad 6 asyst w każdym meczu. – Bywałem w gorszych drużynach – przyznał rozbrajająco szczery Austin Rivers, który latem był wolnym agentem i podpisał trzyletnią umowę za 10 mln dol. – Wiem, że to dopiero początek sezonu, ale czuć, że jest w tym zespole inna, lepsza energia. To nie są Knicks, z których szydzono.

A przede wszystkim nie są to Knicks, którzy palą dolarami w piecu. Randle ma podpisaną częściowo gwarantowaną umowę na przyszły rok, dzięki której może zarobić 19.8 mln dol. Frank Ntilikina i Dennis Smith Jr. będą po sezonie wolnymi agentami, a to znaczy, że klub najpewniej z nich zrezygnuje. Roczną umowę ma także Payton. Knicks w końcu żyją oszczędnie, a przecież w lecie mieli szansę podążać dobrze znaną sobie drogą – do Nowego Jorku mógł trafić 30-letni Gordon Hayward, ale ostatecznie podpisał szokująco wysoką umowę z Charlotte Hornets, wartą 128 mln dol. płatne w cztery lata. Wbrew pozorom, dla Knicks stało się dobrze. – Zaufajcie nam, staniemy się lepsi. To proces – napisał do kibiców na Instagramie Austin Rivers.To smutne. Fani Knicks są najwierniejszymi w lidze. I gdy wreszcie mają dobrą drużynę, to nie mogą pojawiać się w hali – powiedział słynny komentator ESPN Mike Breen. Kibice w Nowym Jorku traktują to jednak jako część losu: nawet jak jest nieźle, to jednak musi być choć trochę źle.

Pasję do koszykówki w Nowym Jorku i nadzieje na sukces pokazuje fakt, że po serii kilku zwycięstw oczekiwania wobec Knicks rosną w kolosalny sposób. I choć wciąż nie są oni wzorową organizacją i bywają jeszcze drużyną-memem – choćby w trakcie w trakcie grudniowego meczu z Philadelphią 76ers wystawili dwóch graczy z tym samym numerem na koszulce, a pobili też rekord pod względem nietrafionych rzutów za trzy przez zawodników pierwszej piątki (0-23 z Raptors) – to widzą dla siebie światełko w tunelu. Kiedy po raz ostatni mogli to powiedzieć w Nowym Jorku?

źródło: sport.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, NBA

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2021-01-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved