Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Wojciech Kamiński: Powiedziałem przed sezonem, że nie ma dla nas celu minimum

Wojciech Kamiński: Powiedziałem przed sezonem, że nie ma dla nas celu minimum

fot. legia.com

Wojciech Kamiński został trenerem koszykarskiej Legii 11 miesięcy temu. W obecnym sezonie nasz zespół pod wodzą popularnego „Kamyka” odnosi wyniki, których nie spodziewał się nikt. O dostosowaniu kadry do niewysokiego budżetu, celach na obecne rozgrywki, sprzedaży Justina Bibbinsa, możliwości zatrudnienia nowego gracza, a także dalszej pracy w Legii i grze naszego klubu w europejskich pucharach opowiedział w wywiadzie dla strony klubowej.

W dość młodym wieku otrzymał pan szansę na prowadzenie drużyny na najwyższym poziomie rozgrywkowym.



Wojciech Kamiński:Byłem drugim trenerem i po prostu kiedy pierwszy trener stracił pracę w niedzielę, w poniedziałek kiedy jechaliśmy na mecz Pucharu Europy z Chimkami w Moskwie, dostałem zapytanie, czy podejmę się tego. Właściwie to nie było pytanie, bo nie było nikogo innego. Początkowo miałem być trenerem na trzy mecze, aby klub miał czas na znalezienie zastępcy. I tak zostałem na trzy miesiące. Pod koniec grudnia, po meczu z Węgrami, kiedy odpadliśmy z europejskich pucharów, zarząd Polonii zdecydował się, że jednak nie będę dalej prowadził drużyny jako pierwszy trener. Czasami nieszczęście jednego człowieka, który traci pracę, jest szansą dla kogoś innego. To kwestia tego, czy się na to zdecyduje, czy jest się na to gotowym. Popracowałem na początek trzy miesiące jako pierwszy trener, potem do klubu przyszedł trener Szczubiał i byłem jego asystentem.

Adam Romański i Tomasz Jankowski ostatnio mówili, że spory wpływ na pański warsztat miał Mike Taylor.

– Od każdego trenera człowiek się uczy. Myślę, że trener Taylor, szczególnie jeśli chodzi o obronę, zasypał mnie jako asystenta sporą ilością pracy. Analizy defensywne były czasochłonne, ale dzięki temu wiele rzeczy się nauczyłem. Od każdego trenera coś można wyciągnąć. Nie jestem najmądrzejszy, i sam w Legii często pytam się, konsultuję, bo mamy cały sztab ludzi. Odpowiadam za nadzór nad tym wszystkim, ale każdy z trenerów i osób ze sztabu – Marek Zapałowski, Adam Blechman, Kuba Nowosad, Hubert Kowalewski, Mateusz Dawidziuk, czy Tomek Gniedziuk – każdy odpowiada za swoją działkę. Czasami czegoś nie wiem, albo coś mi się wydaje, a oni ‚prostują’ mnie. Uczymy się cały czas. Wracając do pytania – na pewno współpraca z trenerem Taylorem dała mi wiele, wiele też dała mi reprezentacja, bo to był kontakt z koszykówką europejską.

Przed sezonem mało kto stawiał na Legię, że znajdować się będzie w czołówce ligi. Natomiast pomimo sporych roszad do jakich już doszło, nadal widać, że jest to drużyna zbudowana bardzo rozsądnie. Spodziewał się pan takich wyników, bilansu 16-7, wygranej z Anwilem, walki przez 50 minut z Zastalem?

– Na początku sezonu chyba się nie spodziewałem i myślę, że mało kto się spodziewał. Nawet po dość udanych przygotowaniach, byliśmy świadomi, że liga to zupełnie inna bajka niż gry kontrolne. Jak już „zaskoczyło” w tej drużynie, to przecieraliśmy oczy ze zdziwienia, ale szliśmy dalej. Braliśmy co swoje. Powiedziałem przed sezonem, że nie ma dla nas celu minimum. Naszym celem jest walka w każdym meczu o zwycięstwo. Tak podchodzimy do meczów. Z jednej strony cieszę się z wygranych, ale jestem też trochę malkontentem, bo widzę co gorzej działa, co jest do poprawy. Trzeba jednak pamiętać, że mamy kilku zawodników, dla których to jest pierwszy sezon w ekstraklasie w tak poważnej roli. Mając z nimi kontrakty na 2-3 sezony, chcemy w nich inwestować, aby za rok, czy dwa, czerpać z tego korzyści. Są u nas zawodnicy gotowi do grania, ale są i tacy, dla których te najlepsze lata dopiero nadchodzą. Choćby dlatego, trzeba mieć trochę więcej cierpliwości. Jestem zadowolony z obecnego bilansu, nie spodziewałem się, że taki osiągniemy. Jak jednak życie daje możliwość wygrywania, to trzeba wygrywać. Od samego początku nasz plan jest taki – w każdym meczu walczymy o zwycięstwo, nie kalkulujemy.

Tak naprawdę każda z tych siedmiu porażek była nieznaczna i można jej było uniknąć. Tak było zarówno w Radomiu i Dąbrowie, ale również w Zielonej Górze, gdzie grając bez Bibbinsa i Morrisa całą drugą połowę, było blisko niespodzianki.

– Mówiłem to zawodnikom już przed sezonem – można przegrać, ale nie można nie próbować. Staramy się w każdym meczu próbować i nie poddawać się. Tego oczekują od nas zarówno kibice, jak i wszyscy w klubie. Bardzo się z tego cieszę i to chyba największa wartość tej drużyny. Nawet kiedy idzie nam źle, nie akceptujemy tego i staramy się zmieniać, aby nasza gra wyglądała lepiej, aby postraszyć przeciwnika i wygrać mecz.

Samo przyjście trenera do Legii miało miejsce w dość trudnym momencie dla naszego klubu, który bronił się przed spadkiem. Długo zastanawiał się pan nad podjęciem wyzwania? Mógł pan nadal kontynuować współpracę z Polsatem w roli eksperta, czekając na może lepszą ofertę, z klubu bijącego się wtedy o coś więcej niż utrzymanie, a w końcu pensja w Niemczech była wypłacana regularnie.

– Są propozycje, na które czeka się latami. Czasem jest tak, że nie należy kierować się tylko aspektem finansowym. Mogłem siedzieć przez półtora roku, a pensja w euro by płynęła. Lecz chęć pracy i możliwość tej pracy w Legii była ważniejsza. Inna sprawa, że  mam rodzinę  w Pruszkowie, drugą część w Radomiu, więc ta lokalizacja jest dla mnie idealna.

Pański debiut na ławce Legii był bardzo udany – wygrana na Bemowie z MKS-em Dąbrowa. Później miała miejsce porażka w Szczecinie i trzeciego meczu już nie było, bowiem przyszedł przedwczesny koniec sezonu z powodu pandemii koronawirusa. Takiej sytuacji nie mieliśmy jeszcze nigdy wcześniej. Czy później trener czuł żal, że nie udało się dograć sezonu do końca, aby udowodnić, że można było osiągnąć dobre wyniki z tą drużyną, czy może było poczucie ulgi, że stało się tak, jak się stało.

– Nie ma co tego rozpamiętywać. Trener Spasev zrobił dużo dobrego w Legii. Czasami jest tak w pracy trenera, że coś nie pójdzie i sezon nie jest tak udany, jakby się chciało. Najgorsza rzecz jest wtedy, gdy przychodzi inny trener i chce oceniać poprzednika, albo chce udowadniać, że można coś zrobić inaczej. Pod tym względem, dobrze się stało, bo nikt nie rozlicza mnie za tamten sezon, tylko dopiero od obecnego sezonu, w którym miałem okazję zbudować swój autorski zespół. Za nieduże pieniądze.

Właśnie, wszyscy podkreślają, że to jest niskobudżetowa drużyna, która potrafi bić się i zwyciężać z zespołami mającymi budżety nieporównywalnie większe. Czego najlepszym przykładem ostatni mecz na Bemowie z Anwilem.

– Naprawdę mam dużo szacunku do zawodników, którzy zdecydowali się przyjść do nas grać. W wielu sytuacjach zaskoczyli całe grono „specjalistów”. Mamy grono zawodników, którzy albo nie grali w zeszłym roku, albo grali na poziomie pierwszej ligi. Grzesiek Kulka oczywiście miał jakieś tam doświadczenie wcześniej w Treflu, ale nikt nie wystawiał go w takiej roli jaką pełni obecnie. To samo dotyczy Grześka Kamińskiego. Darek Wyka, po gorszym ostatnim sezonie w Asseco, Kuba Karolak po słabszym sezonie z kontuzjami, po świetnym sezonie dwa lata temu w Legii, przyszedł odbudować się. Oni uwierzyli w to co robimy. To zaprowadziło nas do tego miejsca, w którym obecnie jesteśmy. Pamiętamy jednak, że przed nami jeszcze dużo pracy, żeby nie było tak, że my już chcemy odcinać kupony. Bo fakt, że mamy play-off, bo dzisiaj mogę spokojnie powiedzieć, że w play-off zagramy, to dopiero połowa drogi.

Grzesiek Kulka to zawodnik, który był wyróżniającą się postacią na zapleczu ekstraklasy. Ale podobno wpadł Wam w oko, przy okazji obserwacji zupełnie innego gracza I-ligowego. To pokazuje, że trzeba mieć trenerskiego nosa, i czasem trochę szczęścia.

–  Z Grzegorzem rozmawiałem 2-3 lata temu, jak podpisałem kontrakt w Ostrowie. Niewiele brakowało, abyśmy już wtedy się dogadali. On wtedy miał jeszcze kontrakt w Sopocie, były różne przejścia z tym związane i ostatecznie do nas wtedy nie dołączył. Nie jest więc tak, że nie obserwowałem tego zawodnika. Aczkolwiek to prawda, że oglądałem innego zawodnika z pierwszej ligi, ale kiedy zobaczyłem, jak Kulka grał w zeszłym sezonie w Wałbrzychu, pomyślałem, że może teraz uda się dać mu szansę, a on zgodzi się na to, co będziemy mu w stanie zaoferować w Legii. Wydaje mi się, że obie strony bardzo dużo na tym zyskały.

Justin Bibbins – dał trener zielone światło na transfer, bo wcześniej obiecał mu, że jeśli klub zdecyduje się zapłacić odpowiednią kwotę, to nie będziecie blokować transferu. Tutaj najważniejsze było słowo dane zawodnikowi?

– Na początku nie wierzyłem, że ktoś jest w stanie zapłacić nam tak wysoką cenę buy-outu, jeśli chodzi o koszykówkę. Z jednej strony wiem, że Justin nie chciał odchodzić, z drugiej strony przychodził i mówił, że to dla niego szansa na grę w Europie. Początkowo mówiłem, że go rozumiem, ale i on musi zrozumieć nas – mamy podpisany kontrakt, który realizujemy, dobrze gramy, a złożona oferta jest dla nas niezadowalająca. Ale, żeby nie było tak, że „nie, bo nie”, więc powiedziałem, że jeśli dojdziemy do tego, konkretnego poziomu, to wtedy będziemy mogli porozmawiać, żeby odszedł do innego klubu. Pisał zresztą do mnie ostatnio, że jest zadowolony, ale wiem też, że jego drużyna nie wygrywa. Nigdy nie mów nigdy. Daliśmy mu szansę, zarobiliśmy na tym transferze. Nasza gra trochę zmieniła się, ale trochę gorsze wyniki w późniejszej części sezonu nie są spowodowane tym, że odszedł Justin, tylko tym, że mamy dużo trudniejszy terminarz. Mamy mecze z dużo bardziej wymagającymi rywalami w domu – z Zastalem i Anwilem, a do tego doszło siedem wyjazdów, z których wygraliśmy cztery, więc nie jest źle. Na pewno szkoda meczów w Radomiu i Dąbrowie Górniczej. Trzeba jednak pamiętać, że w momencie, kiedy zmienialiśmy rozgrywającego były zawirowania, bo wracali również zawodnicy po kontuzjach i w takich warunkach gra drużyny ma prawo być trochę gorsza, bo nie da się grać przez cały sezon rewelacyjnie.

Potencjał Bibbinsa chyba jeszcze bardziej kibice docenili, kiedy odszedł z Legii i go tutaj zabrakło. Wiadomo, że specyfika każdego rozgrywającego jest nieco inna, ale Justin bardzo dobrze kreował pozostałych zawodników, miał łatwość w wymuszaniu fauli, no i rzut.

– Na pewno. Justin był rzucającym zawodnikiem, który potrafił podać, ale jego podanie wynikało z tego, że obrona rywala była bardziej skoncentrowana na nim. Neal, czy Medford są zupełnie innymi rodzajami zawodników. Obaj chyba dużo lepiej bronią. Pomimo tego, że Justin nie bronił źle, bo wymuszał dużo fauli, szczególnie w ataku. Trochę przegrywał jednak fizycznością z niektórymi zawodnikami, w starciach na przykład w Zielonej Górze, czy Włocławku, mimo, że grał dobrze, gdzieś tej jego fizyczności brakowało. Też nie chcę, żeby wyszło tak, że Justin był zły, a Neal i Medford są super. Każdy ma swoje zalety i wady. Uważam, że wykonaliśmy dobry ruch. Trzeba też patrzeć w perspektywie kolejnych sezonów. Agenci i ich zawodnicy będą chętniej do nas przyjeżdżać. Wiadomo, że albo musimy dobrym zawodnikom dużo zapłacić, albo jakoś ich wypromować, aby po jednym, czy dwóch sezonach u nas, wskoczyli na wyższą półkę. My na tę chwilę nie wydajemy takich pieniędzy jak Anwil Włocławek, że możemy ściągać gwiazdy. Wydajemy małe pieniądze, robimy z zawodników, naprawdę dobrych graczy i możemy ich puszczać dalej. Obecnie taka jest nasza filozofia. Ten transfer Bibbinsa się w to wpisuje. Jesteśmy też w takich dziwnych, pandemicznych czasach, więc też braliśmy ludzi, którzy byli na miejscu – Neala z Radomia, Medforda z Lublina. To świadczy o tym, że ludzie, którzy byli niechciani gdzieś, przychodzą do nas – OK, można mieć zastrzeżenia, do jednego, czy drugiego, ale w gruncie rzeczy wygrywamy mecze, i obaj lepiej, czy gorzej funkcjonują w drużynie. Każdy z nich miał kilka meczów naprawdę udanych. Bez Neala, byśmy pewnie nie wygrali w Toruniu tak spokojnie. Lester w ostatnim meczu z Anwilem może za 2 nie mógł trafić, ale dał parę ważnych trójek, zdobył 17 punktów, 8 asyst i 6 zbiórek, a w Gdyni pokazał swój ofensywny potencjał. To nie bierze się z niczego.

Wytworzyła się ponadto wewnętrzna rywalizacja pomiędzy Nealem i Medfordem, czego wcześniej mogło brakować na tej pozycji. Jeden stara się być lepszy od drugiego.

– Oczywiście, że tak właśnie jest, a rywalizacja zawsze służy rozwojowi. Justin z kolei miał ogromną przewagę nad kimkolwiek i dochodziło nawet do takich sytuacji, że był tak eksploatowany w trakcie meczu, że do kolejnego meczu więcej wypoczywał, niż z nami trenował. Ten transfer też poniekąd podyktowany był tym, że baliśmy się, czy zdrowotnie wytrzyma ten sezon grając z taką intensywnością. Zaczęły u niego pojawiać się pierwsze urazy, przed meczem z GTK Gliwice w ogóle nie trenował. To nie była de facto decyzja tylko finansowa, ale pod uwagę braliśmy wiele innych aspektów. Był aspekt rozwoju, aspekt dla klubu, dzięki któremu będziemy w stanie pozyskać kolejnych zawodników, aspekt finansowy oraz ten zdrowotny.

Darek Wyka – jego możliwości wydawało się, że są znane wszystkim trenerom w Polsce. W Legii bardzo dobrze pamiętamy go choćby z I-ligowej rywalizacji z Miastem Szkła Krosno. Ale w Legii wydaje się, że Darek daje jeszcze więcej, rozwija się cały czas, ma inną rolę – i to chyba trener musiał przede wszystkim wierzyć w taki rozwój tego gracza.

– W momencie, kiedy wiedzieliśmy już, że utrzymamy się w ekstraklasie, a było to w marcu, Darek był pierwszym zawodnikiem, do którego zadzwoniłem. Wierzyłem, że może zrobić duży postęp i szukałem takiego zawodnika. Z Darkiem musimy trochę popracować, bo najlepiej radzi sobie na pozycji numer pięć, natomiast myślę, że docelowo powinien grać trochę minut na „czwórce”. Tak jak zrobił to w meczu w Lublinie, gdzie świetnie wypadł w tej roli. Trzeba mieć umiejętność dostosowania się do sytuacji i nad tym musimy pracować. Darek w tym sezonie udowadnia, że można na niego liczyć i zrobił duży postęp.

Ta ciągła niepewność, zmiany w składzie w trakcie sezonu, które sprawiają, że często trzeba „rzeźbić” niemal od nowa – to chleb powszedni trenera koszykówki. W innych dyscyplinach tych rotacji wydaje się, że jest nieco mniej.

– Podpisując przed sezonem Michała Sokołowskiego, wiedzieliśmy, że nie mamy Earla Watsona, ale za chwilę Watson wróci po kontuzji. Nawet jak ktoś zabierze nam „Sokoła”, i choć to nie ta sama pozycja, to fajne w koszykówce jest to, że są zawodnicy, którzy są multi-pozycyjni. Również pod kątem niektórych ruchów, patrzyliśmy na to z kim gramy, jakie będziemy mieli krycie, jakie ruchy będziemy mogli zrobić. Wtedy ten ruch z Michałem wydawał się najrozsądniejszy, był bardzo trafiony, a samemu zawodnikowi pozwoliliśmy przygotować się do sezonu. To chłopak z tych okolic, bo z Pruszkowa. Życzę mu, żeby został zagranicą, ale może w pewnym momencie będzie chciał wrócić i może jeszcze do nas, do Legii zawita. Pamiętając, że on nam pomógł, ale my też mu pomogliśmy.

Widząc jak rozwinął się przez lata Michał Sokołowski – czuje trener satysfakcję, że przyczynił się do rozwoju zawodnika, który ma szanse na międzynarodową karierę?

– Pracowaliśmy razem ponad cztery lata i to nie idzie na marne. Oczywiście ta droga wcale nie była łatwa, usłana płatkami róż. Wiadomo, że przez tak długi okres czasu zdarzają się konflikty, jak i dobre momenty, ale zawsze mieliśmy dużo szacunku do siebie. Ogromnie cieszę się, że Michał jest tu, gdzie jest. Rozmawiałem z nim ostatnio i wiem, że już ma ofertę z obecnego klubu, aby zostać na kolejny sezon, więc prawdopodobnie wszyscy są zadowoleni z jego postawy. Zobaczymy co zrobi dalej, ale możemy spodziewać się, że do Polski zbyt szybko nie wróci.

źródło: legiakosz.com

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Energa Basket Liga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2021-01-27

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved