Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Teodor Mołłow: To, co się stało z damską koszykówką to przestępstwo

Teodor Mołłow: To, co się stało z damską koszykówką to przestępstwo

fot. pzkosz.pl

– Interesy zwyciężyły, nie było determinacji niczyjej poza moją. Polski Związek Koszykówki obawiał się straty pieniędzy. W Siedlcach uważano, że nie powinno się robić za ich pieniądze szkoleń i rozwijać koszykówki. Oprócz tego PZKosz nie był zainteresowany realizacją projektu. Dla nich mocna damska koszykówka to chyba było obciążenie i starali się to hamować – mówi były selekcjoner reprezentacji Polski i trener MKK Siedlce, Teodor Mołłow.

Co u pana słychać? Jak pańskie zdrowie?



Teodor Mołłow:Muszę powiedzieć, że bardzo dobrze. Odpocząłem, przez kilka miesięcy byłem w Bułgarii i mieszkałem w swoim apartamencie nad morzem. Zdecydowałem się wrócić, kiedy temperatura spadła do 20 stopni, a temperatura wody do 21 stopni. Wyjechałem 25 października. Szczerze mogę powiedzieć, że wróciłem, bo córka była tu sama i jest taka, a nie inna, sytuacja z pandemią. Inaczej nie wracałbym, miałem zamiar popracować. Nie chciałem się maksymalnie czasowo angażować, ale miałem pełnić rolę konsultanta. Sytuacja z pandemią to pokrzyżowała – liczne wyjazdy, kontakty z ludźmi. Marzę o tym, by doczekać wiosny w dobrym zdrowiu i wrócić do Bułgarii. Inny klimat, inna kuchnia, inne stosunki międzyludzkie. Tam czuje się dobrze.

Czy po odejściu z Siedlec dostawał pan oferty z innych klubów?

– Nie. Puściłem w eter informację, że dla mnie to jest koniec kariery. Uważam, że 72 lata to absolutnie wystarczający wiek, aby zakończyć. Oprócz tego myślę, że to, co dzieje się w damskiej koszykówce jest na tyle złe, że nie chce tego firmować własnym nazwiskiem. Każdy widzi co dzieje się w Toruniu, co zostało z potęgi Wisły Kraków i jak wygląda reprezentacja i cała liga.

Szkoda zdrowia?

– Tak. Dodatkowo nie widzę profesjonalistów, nie widzę ludzi, z którymi można realizować plan, program, perspektywy. Wszystko to prowizorka od jednego do drugiego meczu. To, co się stało z damską koszykówką to przestępstwo. W bułgarskim prawie ten, który niszczy prace komuś to popełnia przestępstwo – więc oni są przestępcami.

Kiedy dekadę temu skończyła się przygoda z Piasecznem, to też chyba pan myślał, żeby już dać sobie spokój, ale pomysł w Siedlcach na stworzenie dobrej drużyny przekonał pana.

– I tak, i nie. W momencie, kiedy zaangażowałem się w Siedlcach jeszcze miałem nadzieję, że w Piasecznie możemy coś uratować. To, co Siedlce zaproponowały i to, co usłyszałem w gabinecie pana prezydenta Wojciecha Kudelskiego przekonało mnie, żeby spróbować. Zrobiłem co mogłem.

Jak pan wspomina ten czas? Czy było warto? Było dużo wzlotów i upadków. Historyczny wynik udało się jednak osiągnąć.

– Nie żałuję, bo udało mi się zrealizować moje zadania i spełnić złożone obietnice. To, że to się skończyło to nie moja wina. Jeśli chodzi o sport to rządzi polityka. Niestety. Wszystko, co wspierała poprzednia partia, kolejna może zniszczyć. Dla mnie to nie jest poważne. Sport powinien być blisko związany ze społeczeństwem, kreować pewne wzorce, dawać pozytywne emocje, wychowywać młodzież. Nie powinien być związany z polityką i uzależniony od rządzących. Zarówno tych lokalnych jak i centralnych układów. A w naszych realiach wygląda to mniej więcej tak że przychodzi jakiś nowy watażka, wyciąga szable i mówi kto ma żyć, a kto umrzeć.

Najciekawszy moment przypadł na czas, kiedy był pan trenerem reprezentacji Polski. Pojawił się wtedy pomysł, żeby w Siedlcach grały młode Polki, była szansa na stworzenie hali, ale czegoś zabrakło…

– Interesy zwyciężyły, nie było determinacji niczyjej poza moją. Polski Związek Koszykówki obawiał się straty pieniędzy. W Siedlcach uważano, że nie powinno się robić za ich pieniądze szkoleń i rozwijać koszykówki. Oprócz tego PZKosz nie był zainteresowany realizacją projektu. Dla nich mocna damska koszykówka to chyba było obciążenie i starali się to hamować. Chcę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że kilkukrotnie składałem do pana prezesa projekt, który najprawdopodobniej w ogóle nie został przeczytany.

Może pan zdradzić po upływie kilku lat jakie oferty pracy otrzymał w czasie pracy w MKK? Słyszałem, że nawet Wisła Kraków dzwoniła do pana.

– Były różne propozycje, nie ukrywam, ale nie powiem od kogo i kiedy. Trenerzy nie powinni o tym mówić, bo inni trenerzy mogą poczuć się obrażeni. Moje życie zawodowe w Polsce było takie, że starałem się jak najdłużej pracować z każdym klubem. Realizować swój plan i program – to dla mnie było najważniejsze. Coś chciałem po sobie zostawić, ale nie mogłem w Siedlcach tego zrobić. Strzelili mi w głowę. Zepsuli wszystko, co robiliśmy przez osiem lat.

Niektórzy siedlczanie mówią, że gdyby MKK nadal trwało, to koronawirus tak czy inaczej zabiłby tę organizację i budżet. W końcowej fazie projektu każda konferencja prasowa kończyła się smutnym monologiem w pańskim wykonaniu.

– Nie chcę obrażać nikogo, ale powiem jedno – przez brak profesjonalizmu, polityki prorozwojowej, nieudolność, zakompleksienie po prostu nie szliśmy do przodu. Tych dobrych momentów w Siedlcach nie wykorzystaliśmy do wejścia na wyższy poziom organizacyjny i finansowy. Bardzo mnie zaskoczyło, gdy usłyszałem: – Trenerze załatw Ekstraklasę, a do końca życia będziemy odcinać kupony. To było bardzo płytkie myślenie. Nie rozwinęliśmy młodzieży, nie stworzyliśmy piramidy szkoleniowej. Wszystko było robione na chama. Dzisiaj załatwić, jutro przeżyć, a pojutrze to zobaczymy. Tak się nie da w sporcie. To nie jest jak z samochodem u mechanika, tu przykręcisz, tam naprawisz i jakoś jedzie. W sporcie pracuje się latami po to, by dojść na jakiś poziom i się na nim utrzymać. Nie było pojęcia w Siedlcach o tym, co to profesjonalny sport. Gdy osiągnęliśmy najwyższy poziom rozgrywkowy oni pomyśleli, że dalej samo będzie szło, iż wszyscy będą się pchali drzwiami i oknami do nas. A to nie jest tak. Jak jesteś na szczycie, to musisz dwa razy więcej pracować, musisz być fachowcem. Nic nie wykorzystaliśmy, osiedliśmy na laurach.

Pan też w pewnym momencie przestał się przejmować, nie tracił sił. Czuł pan, że koniec jest bliski i nerwy nie mają racji bytu.

– Widziałem, że koniec jest bliski. Nie mieliśmy ani procenta szansy na rozwój w koszykówce, ani grania dalej w lidze. Po pierwszej rundzie byliśmy na szóstym miejscu. Mieliśmy realne szanse na play-off, ale ja byłem realistą. Widziałem zagrożenie, że możemy nie dociągnąć nawet do końca sezonu. Mając tyle zwycięstw postanowiłem rozwiązać umowy z połową zawodniczek, żeby przetrwać finansowo drugą rundę i pożegnać się z ligą bez spadku. Przynajmniej nikt nie powie, że spuściłem zespół. Nie chciałem być królem, który idzie do niewoli. Z podniesioną głową spakowałem walizki i odszedłem. Niech się wstydzą ci, którzy przyczynili się do tego, że zespół nie mógł dalej wystartować. Nikt nie mógł powiedzieć: zawodniczki albo Mołłow są winni.

Może koszykówka kobiet stanie się niszowa i zniknie?

– Na tę chwilę na to się zapowiada. Jest to podwójnie przykre, ponieważ kiedyś byliśmy wiodącą siłą w Europie. Gołym okiem widać, że ciężką pracę wykonano tylko po to, żeby sprowadzić tą dyscyplinę na dno. Jeżeli jednak ludzie decyzyjni są zakompleksieni, to nie będzie sukcesu. Cała liga to pokazuje, nie wspominając o ostatnim meczu reprezentacji. To co się zdarzyło przed Uniwersjadą w Tajwanie (selekcja i organizacja), nie mogę określić jako niedopatrzenie i niechlujstwo czy brak komunikacji. Dla mnie to była zdrada z premedytacją i prowokacja. Szczerze mówiąc, wtedy już sobie powiedziałem, że muszę dokończyć swoją pracę w Siedlcach i pożegnać się z koszykówką.

Więcej w serwisie sportsiedlce.pl

źródło: sportsiedlce.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, reprezentacja kobiet

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-12-28

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved