Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Sacha Killeya-Jones: NBA to zawsze było moje marzenie

Sacha Killeya-Jones: NBA to zawsze było moje marzenie

fot. Andrzej Romański - plk.pl

Jeszcze niedawno wróżono mu karierę w NBA. Sacha Killeya-Jones marzenia o najlepszej lidze świata nie porzucił, ale chwilowo obrał drogę do niego przez Polskę. Amerykanin z brytyjskim paszportem w tym sezonie gra w MKS-ie Dąbrowa Górnicza. To zaskakujący transfer, bo trafił do tego klubu z występującego w mocnej wschodnioeuropejskiej lidze VTB Kalevu Tallin. Killeyę-Jonesa skusiła duża rola w zespole i możliwość zdobycia pewności siebie.

– Sacha i jego agent mieli taki pomysł, żeby w tym sezonie dać krok do tyłu, by później pójść więcej kroków do przodu. To podwójny zakład: my postawiliśmy na niego, a on na nas – mówi trener MKS-u Alessandro Magro. W 2016 roku Sacha Killeya-Jones był czołowym nastolatkiem w USA. Trafił na uczelnię Kentucky, z którą rozstał się po dwóch sezonach, a po kilku miesiącach wylądował w prowadzonej przez jego znajomego trenera akademii w Pradze. Potem z powodu kontuzji krótko był w Brunszwiku i przeniósł się do Tallina.



Cztery lata temu w United Center w Chicago odbywał się coroczny sponsorowany przez McDonald’s mecz dla najlepszych nastoletnich koszykarzy w USA. Spośród jego 24 uczestników aż osiemnastu zdążyło do dzisiaj zadebiutować w NBA (niektórzy jak Jayson Tatum są tam nawet gwiazdami), jeden grał na jej zapleczu w G-League, a czterech kolejnych jest jeszcze na studiach albo skończyło je w tym roku, więc ewentualny angaż w NBA dopiero przed nimi. A co z ostatnim z grona zaproszonych w marcu 2016 do Chicago? To Killeya-Jones, obecnie zawodnik MKS-u Dąbrowa Górnicza. – Ma wielki potencjał, każdy o tym wie. U nas chce odbudować swoją grę i zdobyć pewność siebie – mówi trener MKS-u Alessandro Magro. Zawodnik potwierdza te słowa. Dąbrowa Górnicza w przypadku 22-latka nie oznacza, że z jego kariery nic już nie wyjdzie. A przynajmniej wierzy w to Killeya-Jones, który nadal chce wylądować w NBA.

– Nie mam żadnych negatywnych odczuć w stosunku do nikogo, kto trafił do NBA, a już szczególnie do tych, z którymi grałem. Bardzo się cieszę, że udało im się odnieść sukces. Oglądam mecze, kiedy mogę, śledzę wszystko na bieżąco. Wielu moich znajomych radzi sobie dobrze teraz w „bańce” NBA w Orlando. Mam to uczucie, że radziłem sobie dobrze grając z nimi, ale wiem, że dopiero muszę pokazać, że zasługuję na to, by się tam znaleźć. Na razie tego nie zrobiłem. NBA to zawsze było marzenie i nic się nie zmieniło – zaznacza Killeya-Jones, który przygodę ze sportem zaczynał jako quarterback w futbolu amerykańskim, ale urósł i w szkole średniej przerzucił się na koszykówkę. Nietypowe imię (przyznaje, że często zdarza się, że jest źle literowane przez „s”, a nie „c” w środku) oraz pozwalający na grę w kadrze Wielkiej Brytanii paszport zawdzięcza mamie wychowanej w Londynie.

Jeszcze przed McDonald’s All-American Game musiał podjąć decyzję być może kluczową dla swojej przyszłości: wybór uniwersytetu. Wcześniej zobowiązał się do występów w Virginii, ale wycofał się z tego i wybierał jeszcze raz. Zaskoczył, bo wybrał Kentucky zamiast słynnej uczelni North Carolina, do której kampusu miał ledwie 5 minut drogi. – W takim momencie trzeba po prostu iść tam, gdzie czujesz, że ufasz ludziom, którzy się tobą zajmą – uważa. Mimo tego, że jako nastolatek wzbudzał pewne zainteresowanie mediów w USA, to nie spodziewał się tego, co spotka go w nowej rzeczywistości. – Kibice są szaleni, chcą zdjęcia, autografy, czasem czekają pod twoim pokojem. Na każdym meczu było 25 tysięcy widzów, to zainteresowanie dało się odczuć na kampusie. Taka uczelnia przygotowuje cię świetnie do NBA na boisku, ale też poza boiskiem – twierdzi.

W 2018 roku Killeya-Jones zdecydował się opuścić Kentucky w poszukiwaniu większej liczby minut, choć pierwszej decyzji do dzisiaj nie żałuje, bo dwuletni pobyt u trenera Calipariego dużo go nauczył. Wybrał uczelnię North Carolina State i zgodnie z przepisami przez sezon musiał pauzować. Pod jego koniec stwierdził jednak, że zamiast czekać woli już rozpocząć zawodową karierę. I tu robi się interesująco, by nie powiedzieć dziwnie, bo przeniósł się wtedy do… Pragi. Przez kilkanaście tygodni trenował w tamtejszej akademii, grał w drugiej lidze czeskiej. – Ściągnął mnie tam mój wieloletni trener Gilbert Abraham, który prowadził mnie od szkoły średniej – wyjaśnia, ale nie chce się zagłębiać we wszystkie powody takiego ruchu. Po Pradze był kontrakt w Brunszwiku, gdzie z powodu kontuzji nie zagrał ani jednego meczu. Później kilka tygodni w Kalevie Tallinn, gdzie dobrze zaprezentował się w mocnej wschodnioeuropejskiej lidze VTB mogąc występować jako center przeciwko silnym fizycznie środkowym. A potem niespodziewany angaż w Dąbrowie Górniczej.

I koszykarz, i trener Magro tłumaczą transfer tak samo. Duża rola w zespole, nauka odpowiedzialności i roli lidera, nabranie pewności siebie to argumenty przemawiające za grą w MKS-ie. – Sacha i jego agent mieli taki pomysł, żeby w tym sezonie dać krok do tyłu, by później pójść więcej kroków do przodu. To podwójny zakład: my postawiliśmy na niego, a on na nas. Może poprawić się fizycznie, już to zrobił od początku pobytu u nas. Ma dużo atutów, ale może się wiele nauczyć na boisku i poza nim. Właśnie dlatego chciałem w tym roku szerszy sztab szkoleniowy, bo nie mogliśmy przecież obiecywać graczom czegoś, czego nie moglibyśmy zrobić. Sacha ma wielki potencjał, wysokie koszykarskie IQ i na razie widzę u niego dobre podejście do treningów, trenerów, kolegów. Na pewno zdarzą się trudne momenty, ale tylko tak można pójść do przodu. Musi zasłużyć na szacunek sędziów i kolegów. Tak będzie później w karierze – mówi Magro, który w przeszłości był asystentem w dobrych europejskich klubach we Włoszech i Rosji. – Pracowałem z zawodnikami, którzy mieli doświadczenie z bardzo wysokiego poziomu i ciągle na coś narzekali. Sacha tak się nie zachowuje – zapewnia.

– Cztery tygodnie temu skończyłem 22 lata i z jednej strony czuję, że mam za sobą długą karierę, a z drugiej nie muszę się spieszyć, bo mogę grać jeszcze długo. Kierunek jest zawsze ważniejszy niż prędkość, a ja uważam, że podążam w dobrą stronę – mówi optymistycznie nastawiony do sezonu EBL Killeya-Jones. Jak wielu graczy z USA opowiada o celu w postaci walki o mistrzostwo i podkreśla, że w lidze VTB widział Stelmet, więc wie, jaki poziom prezentuje polska czołówka. MKS przegrał dwa dotychczasowe spotkania EBL z Kingiem w Szczecinie oraz Legią w Warszawie, a Killeya-Jones zdobył 16 i 17 punktów. Czyli w sumie mniej niż w ostatnim sparingu przedsezonowym, gdy rzucił ich aż 35. Chociażby dlatego oczekiwania są i były wysokie. – I dobrze. Jeśli znowu rzucę 35 punktów dzięki naszej ofensywie to świetnie. Ale ja nie chcę być kimś, kto wychodzi i myśli o tym, by zdobyć tyle punktów, bo to nie prowadzi do sukcesu zespołu – podkreśla koszykarz, który nadal może zostać wybrany (choć szanse małe) w tegorocznym drafcie NBA. Z powodu pandemii koronawirusa został on przełożony na 16 października.

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Energa Basket Liga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-09-08

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Koszykówki All rights reserved