Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Rebecca Hammon przeciera szlaki, czyli o kobietach w NBA

Rebecca Hammon przeciera szlaki, czyli o kobietach w NBA

fot. tsn.ca

Becky Hammon została pierwszą kobietą, która poprowadziła zespół NBA. Na razie tymczasowo w zastępstwie wyrzuconego z meczu Gregga Popovicha, ale wydaje się, że dzień, w którym dostanie posadę pierwszego trenera na stałe jest coraz bliższy. Nie oznacza to oczywiście, że ta była reprezentantka Rosji na pewno będzie pierwszą kobietą w takiej roli, bo zdolnych i chętnych nie brakuje. Ale Hammon jest zdecydowaną faworytką tego wyścigu.

W XX wieku w NBA na stanowisku trenerskim nie pracowała ani jedna kobieta, a do 2014 roku tylko jedna. Lisa Boyer przez sezon 2001/2002 miała zadania szkoleniowe w Cleveland Cavaliers, ale nawet nie jeździła na mecze wyjazdowe i trudno uznać ją za pełnoprawnego członka sztabu. O braku innych z jednej strony zapewne decydował niedobór kandydatek z odpowiednią wiedzą. Z drugiej strony przecież nie tylko w koszykówce, lecz we wszystkich grach zespołowych kobieta pracująca z męskim zespołem jest rozwiązaniem trudnym do przyjęcia z psychologicznego i socjologicznego punktu widzenia. To trochę zamknięte koło, bo skoro praca w NBA była nierealna, to trenerki nawet nie próbowały się do niej dostać.



W ostatnich latach coraz więcej klubów sięga po panie, które na dodatek mają za sobą różną drogę do NBA. Być może to też zasługa Becky Hammon i tego, jak świetnie sobie radzi w San Antonio Spurs. Są wśród nich byłe świetne zawodniczki (jak ona), ale także pracujące wcześniej w innych ligach np. w akademickiej NCAA lub osoby, które zaczynały od niższych stanowisk w danym klubie i pięły się w hierarchii. Krótko mówiąc dochodzą do najlepszej ligi świata na różne sposoby jak panowie. W poprzednim sezonie było ich w sumie aż jedenaście, teraz zostało sześć i dwie, które zostały przypisane do zespołów „rezerw” grających w G-League. Gdyby nie pandemia i ich rozgraniczenie, to pewnie obie panie (Natalie Nakase i Brittni Donaldson) byłyby traktowane jak członkinie sztabów zespołów NBA.

Mimo coraz większej liczby trenerek w NBA, to Rebecca (Becky to powszechnie stosowane zdrobnienie) Hammon nadal zdecydowanie wyróżnia się na tle koleżanek po fachu. Przez kilkanaście lat była gwiazdą WNBA, czyli siostrzanej ligi, która gra w sezonie letnim. Równolegle występowała w czołowych klubach europejskich, jak wiele innych koszykarek z jej ojczyzny. Przed igrzyskami olimpijskimi w Pekinie nie dostała powołania do szerokiego składu reprezentacji USA. Taka decyzja amerykańskiego sztabu wydawała się co najmniej zaskakująca biorąc pod uwagę chociażby to, że w sezonie 2007 Hammon zajęła drugie miejsce w głosowaniu na MVP WNBA tylko za Australijką Lauren Jackson. Czyli uznano ją najlepszą Amerykanką w najlepszej lidze świata, a w kadrze nie było dla niej miejsca. O powołanie apelowała osobiście legenda żeńskiego basketu Nancy Lieberman, która zresztą pracowała później w sztabie szkoleniowym Sacramento Kings w NBA.

Hammon stwierdziła, że prosić się nie będzie i skorzystała z zaproszenia do reprezentacji Rosji. Nie tylko ze względu na wieloletnią historię napiętych stosunków amerykańsko-rosyjskich (długo radzieckich) i tzw. zimnej wojny jej pomysł był jeszcze bardziej szokujący niż wcześniejsze pominięcie przy powołaniach do drużyny USA. Co prawda już w 2007 naturalizowany Amerykanin J.R. Holden poprowadził Rosję do mistrzostwa Europy, ale sytuacja była jednak nieco inna, bo on był długo związany z krajem, który reprezentował i nigdy nawet nie był blisko bycia blisko gry dla USA. Nikt raczej nie oskarżał go o brak patriotyzmu, a w przypadku Hammon takich głosów nie brakowało. A to dlatego, że pierwsza szeroka lista powołanych na obóz amerykańskiej drużyny została później rozszerzona i dosłownie kilka dni przed jego rozpoczęciem Becky także została zaproszona. Nie pojechała, a za tą odmową stały także pieniądze.

Żeby dobrze zrozumieć jej sytuację trzeba znać ówczesne zarobki w WNBA i w klubach europejskich. W USA Hammon za sezon dostawała maksymalną możliwą pensję, czyli 95 tysięcy dolarów. W Rosji płacili jej kilka razy więcej, a gdy zdecydowała się przyjąć rosyjski paszport, to dostała umowę na cztery lata za 2 miliony dolarów. Przepisy ograniczały wtedy liczbę zagranicznych zawodniczek w lidze rosyjskiej, więc Hammon traktowana jako miejscowa stanowiła dla klubu większą wartość. To była transakcja łączona – zarobisz więcej, jeśli zostaniesz obywatelką Rosji i zagrasz na igrzyskach. Za medale olimpijskie przewidziano premie, amerykańska prasa podawała, że za brąz to 150 tysięcy dolarów i właśnie taki krążek Rosja zdobyła później w Pekinie. – Jeśli grasz w tym kraju, mieszkasz w tym kraju, dorastasz w tym kraju i zakładasz rosyjski strój, to według mnie nie jesteś patriotą – powiedziała o Hammon prowadząca kadrę USA Anne Donovan, która krytykowała zawodniczkę za odmowę przyjazdu na obóz. – Nadal jestem amerykańską dziewczyną. Nie będę sprzedawać Rosjanom sekretów. To nie szpiegostwo, tylko koszykówka. Nie jesteśmy na wojnie z Rosją. Zimna wojna się skończyła – odparła zawodniczka, która zagrała także cztery lata później w Londynie, ale już bez medalu.

Gdy w 2014 roku Hammon kończyła karierę sportową, to temat reprezentowania przez nią Rosji był już przeszłością. Mieszkała wtedy w San Antonio, gdzie grała dla miejscowych Stars. Po zakończeniu występów w WNBA nie musiała się długo zastanawiać, co będzie robić, bo już miała podpisany kontakt z San Antonio Spurs. Legendarny trener Gregg Popovich zdecydował się dołączyć ją do swojego sztabu, ale oczywiście nie zrobił tego w ciemno, po znajomości czy pod publiczkę. Nie, na pewno nie on. Hammon w drodze do Spurs pomogła… kontuzja, bo z powodu rehabilitacji po zerwaniu więzadła krzyżowego nie mogła grać ani w USA, ani w Europie. Za zgodą Popovicha z ciekawości zaczęła przychodzić na treningi Spurs, sesje wideo, potem na mecze, gdzie pozwalano jej siadać za ławką rezerwowych. Zaprzyjaźniła się z legendami Spurs Tonym Parkerem i Timem Duncanem. To wszystko sprawiło, że pierwsza szansa dla Hammon była po prostu całkiem naturalna. Paradoksalnie w tym wypadku rosyjska przygoda Becky okazała się w pewnym sensie pomocna, bo Pop w młodości studiował sowietologię i był żywo zainteresowany doświadczeniami Hammon z Moskwy i Rosji.

Pomimo pozytywnych opinii na temat pracy Hammon, Gottlieb i kilku innych pań nadal dla wielu kibiców widok kobiety zajmującej się zawodowo męską koszykówką jest zaskakujący. Będąca w w sztabie Philadelphia 76ers Lindsey Harding opowiadała w amerykańskich mediach anegdotę o tym, jak jeszcze jako skaut pojechała na mecz do Miami. Podekscytowany dobrą grą Heat kibic krzyknął do grupy osób z laptopami, że powinni to opisać. – Jesteśmy skautami, nie dziennikarzami – odpowiedział jeden z nich. – No to ty to opisz – mężczyzna zwrócił się do Harding. – Przecież ci powiedział, że jesteśmy skautami – odparła. – Jakim cudem zostałaś skautem? – zdziwił się kibic.

Gdy Hammon lub Gottlieb lub jakakolwiek inna pani zostanie na stałe pierwszym trenerem, to takich zdziwionych będzie pewnie wielu. Ale skoro mają odpowiednią wiedzę i umiejętności, to tak naprawdę nie powinno być tym nic dziwnego. – Wszyscy jesteśmy trenerami. Stanowisko trenerskie nie ma płci. Byłem wśród pań, które trenowały zespoły. Jestem zdumiony pomysłem, że trzeba w ogóle rozmawiać, co zrobić, by dostały pracę pierwszego trenera w NBA. Z jednej strony jestem tym zasmucony i sfrustrowany, że musimy o tym porozmawiać, ale jednocześnie cieszę się, że tak jest – podsumowuje prowadzący Phoenix Suns Monty Williams.

Więcej w serwisie sport.onet.pl

źródło: sport.onet.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, NBA

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2021-01-18

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved