Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Plaga kontuzji w obecnym sezonie NBA

Plaga kontuzji w obecnym sezonie NBA

fot. sbnation.com

Gdybyśmy chcieli stworzyć zespół z graczy, którzy opuszczali mecze play-off z powodu kontuzji, stworzylibyśmy jedną z najlepszych ekip w historii NBA. Tak fatalna seria urazów nie zdarzyła się jeszcze nigdy.

W tym sezonie NBA koszykarze padali jak muchy. Ale jeden z nich, zbudowany niczym grecki bóg Giannis Antetokounmpo, wydawał się być odporny na problemy. Do wtorku. Dwukrotny MVP ligi niefortunnie upadł i musiał opuścić parkiet, do gry w czwartym, wyraźnie przegranym Milwaukee Bucks meczu finałów Wschodu, już nie wrócił. Jego koledzy z zespołu w napięciu oczekiwali wyników prześwietleń. Te okazały się lepsze, niż przewidywano. 26-latek nie zerwał więzadła i „tylko” przeprostował kolano ale, nadzieje na to, że szybko wróci do gry, są marne. – On jest wielką częścią duszy naszego zespołu – mówił podłamany trener Mike Budenholzer.



Kontuzje w ostatniej, najważniejszej fazie sezonu są normą. Rok temu w finałach Miami Heat nie mogli liczyć na Bama Adebayo i Gorana Dragicia. Dwa lata temu Golden State Warriors stracili Kevina Duranta i Klaya Thompsona. W każdym sezonie znaleźlibyśmy moment, który odwracał losy rozgrywek. Ale jeszcze nigdy wcześniej kontuzje tak wielu kluczowych graczy nie miało tak ogromnego wpływy na losy play-off. Bo co z tego, że Kawhi Leonard czy Kevin Durant zagrają jedne z najlepszych meczów w historii koszykówki, skoro chwilę później trafiają na listę kontuzjowanych?

Dużo mówiło się, że przy ubiegłorocznym mistrzostwie Los Angeles Lakers należy postawić gwiazdkę. Że to tytuł Myszki Miki, że wywalczono go w Disneylandzie, że w „bańce”… Ale tegoroczny zwycięzca NBA tym bardziej powinien mieć przy swoim trofeum dopisaną gwiazdkę. Jedno jest pewne – będziemy mieli nowego czempiona. Bucks na tytuł czekają 50 lat, Atlanta Hawks od 1958 roku, Phoenix Suns nigdy go nie zdobyli, a Los Angeles Clippers – wyeliminowani w nocy przez Suns – nawet nie grali w finałach konferencji. Ale trudno będzie określić mistrza za „najlepszą koszykarską drużynę na świecie”. Bardziej pasowałoby: „Najzdrowszą”.

Suns w pierwszej rundzie wyeliminowali Lakers z kontuzjowanym Anthonym Davisem i będącym nie w pełni sił LeBronem Jamesem. W drugiej odprawili Denver Nuggets – pozbawionych znakomitego Jamala Murraya i niemogących liczyć na pełnię sił Michaela Portera Jr. W finałach konferencji ekipa z Phoenix mierzyła się zaś z Los Angeles Clippers, którzy stracili największego gwiazdora, Kawhiego Leonarda. Clippers grali z kolei z osłabionymi brakiem Mike’a Conleya Utah Jazz, którzy w pierwszej rundzie byli pozbawieni lidera, Donovana Mitchella.

Na Wschodzie lepiej nie jest. Do serii z Hawks Joel Embiid z Philadelphia 76ers przystępował z naderwaną łąkotką. Bucks w finałach konferencji znaleźli się cudem – gdyby Kevin Durant nosił buty o rozmiar mniejsze, odpadliby. Ekipa z Milwaukee dopiero po siedmiu meczach wyeliminowała Brooklyn Nets. Seria skończyłaby się znacznie wcześniej, gdyby nowojorczycy mogli liczyć na kontuzjowanego Kyriego Irvinga albo Jamesa Hardena, który grał, ale był daleki od idealnej dyspozycji.

Gdybyśmy chcieli stworzyć zespół z zawodników, którzy opuszczali mecze w play-off, stworzylibyśmy jedną z najlepszych ekip w historii. A i tak byłaby to lista niekompletna. Jeszcze w sezonie regularnym straciliśmy przecież Jaylena Browna (Boston Celtics) czy wspomnianego Murraya z Nuggets. A dołożyć do nich możemy Duranta (opuścił 33 mecze sezonu regularnego), Gordona Haywarda (28) czy Jimmiego Butlera (20).

Tegoroczne play-off są bogate w historie, ale ubogie w gwiazdy. Świetnie ogląda się rozwój np. Devina Bookera czy Trae’a Younga (również lekko kontuzjowanego, nie wiadomo czy zagra w kolejnych meczach), jednak ligę włącza się przede wszystkim dla popisów jej czołowych postaci. A tych po prostu nie ma. Jak podliczył Baxter Holmes z ESPN, w sezonie regularnym zawodnicy biorący udział w meczu gwiazd opuścili aż 19 proc. spotkań. To najwyższy współczynnik w historii, który byłby wyższy, gdybyśmy doliczyli mecze opuszczone np. przez Hardena. Rekordowo wysoka jest też średnia liczba koszykarzy opuszczających mecze. W każdym ze spotkań pauzowało średnio 5,1 zawodnika, i to nie wliczając absencji związanych z koronawirusowymi protokołami. W oświadczeniu przesłanym „New York Timesowi”, NBA tłumaczyła, że „liczba kontuzji jest praktycznie taka sama”, ale statystyka i rzeczywistość nie zawsze idą w parze, tym bardziej że ten sezon NBA jest po prostu dziwny. Liga od początku nie złapała odpowiedniego rytmu. Były to rozgrywki chaotyczne, rwane i niepewne. Słowem – dokładnie takie, jakich się spodziewaliśmy.

To miał być wybitnie dziwny sezon i taki właśnie jest. Wystartował po najkrótszej przerwie w historii – trwała ona ledwie 72 dni. Już jesienią lekarze i trenerzy przygotowania fizycznego apelowali o rozsądek, ale wygrała pogoń za kasą. W czerwcu, już po odpadnięciu z play-off, LeBron James Na Twitterze wygłosił tyradę, obwiniając ligę za falę kontuzji. – Przed startem sezonu nikt nie chciał mnie słuchać. Wiedziałem, że tak to się skończy! Kontuzje nie są częścią gry. Wynikają z braku odpoczynku i wpływają na pogorszenie się produktu, jakim jest NBA – grzmiał James, który kwestionował konieczność rozgrywania Meczu Gwiazd w Atlancie czy turniej play-in.

Z jednej strony miał rację, tym bardziej że cztery drużyny, które najdłużej grały w sezonie 2019/20 (Lakers, Celtics, Nuggets, Heat) szybko żegnały się z tegorocznymi rozgrywkami i traciły gwiazdy. Te w wielu przypadkach miały po prostu pecha – Giannis niefortunnie upadł, Irving skręcił kostkę spadając na nogę Antetokounmpo, a Young nadepnął na nogę sędziego. Ale w tej przypadkowości jest regularność, tym bardziej że z gry wypadali też gracze z drugiego czy trzeciego szeregu, jak Donte Di Vincenzo z Bucks, DeAndre Hunter z Hawks czy Serge Ibaka z Clippers.

Z drugiej, głos LeBrona ma kolosalne znaczenie, tak samo jak ten Chrisa Paula, szefa związku zawodowego koszykarzy (NBPA). Bez zgody sportowców, nie byłoby rozpoczęcia sezonu 22 grudnia. Ale zadecydowała kasa i konieczność respektowania kontraktów telewizyjnych z ESPN i TNT, których wartość przekracza trzy miliardy dolarów rocznie.

Początkowo spekulowano, że NBA wystartuje na przełomie stycznia i lutego. Ale stacje telewizyjne, które muszą martwić się słabnącymi wynikami oglądalności koszykówki, wydłużać sezonu nie chciały, bo to wiązałoby się z nałożeniem się rozgrywek na igrzyska. Koszykarze doskonale zdają sobie sprawę, że na mocy układu zbiorowego (CBA) do ich kieszeni trafia 51 proc. przychodów ligi, dlatego też drastyczne zmniejszenie liczby meczów w grę nie wchodziło. „New York Times” podawał, że zredukowanie gier w sezonie 2019/20 oznaczało półtora miliarda dolarów straty. Rozpoczęcie rozgrywek w styczniu wiązałoby się z kolejnymi 500 milionami różnicy. Rachunek był prosty: mniej meczów oznacza mniej kasy. Sportowcy zadeklarowali, że zagryzą zęby i sami zgodzili się na start ligi 22 grudnia.

NBA przekonywała, że za wszelką cenę postara się pójść na rękę koszykarzom i ograniczyła np. liczbę podróży, ale – jak przyznawali cytowani przez Holmesa eksperci – „ten sezon był po prostu szalony”, a kalendarz określano jako „najgorszy w historii”. Nigdy wcześniej nie grano tak często. W ciągu roku średnia liczba meczów na tydzień wzrosła z 3,42 do 3,75. Szaleństwo było widać szczególnie w drugiej połowie sezonu w klubach, które na początku rozgrywek miały problemy z zakażeniami koronawirusem. Memphis Grizzlies mieli 22 zestawy trzech meczów w cztery dni. Miami Heat mieli serię 27 spotkań w 51 dni, w której trakcie ani razu nie mieli przerwy dłuższej niż jeden dzień. Ligowi dyrektorzy mówili, że „koszykarze poruszali się jakby mieli po 900 lat”, ale czy mogło być inaczej?

– Dziś nie ma czasu na odpoczynek. Coś takiego jak regeneracja przestało istnieć – zwracał uwagę jeden ze szkoleniowców. W związku z restrykcyjnymi protokołami zawodnicy musieli zrewolucjonizować swoje style życia, by działać na linii hala – dom. Sportowców pozbawiono możliwości odreagowania, a obowiązek codziennego testowania wprowadzał niepokój. Zawodnicy pytali: co z tego, że będę na siebie uważać, skoro niezależnie od tego mogę dać pozytywny wynik? Najlepszym tego dowodem jest sam Paul, który był zaszczepiony, ale przed pierwszym meczem z Clippers trafił do ligowego protokołu koronawirusowego, bo miał kontakt z osobą zakażoną.

– Połączenie tego wszystkiego w jedną całość jest dla nas brutalne. Weszliśmy w tryb przetrwania – przekonywali menedżerowie. A najbliższa przyszłość NBA wcale nie zapowiada się lepiej. Jasne, kontuzjowane czy wyeliminowane gwiazdy dostaną kilka tygodni więcej na odpoczynek, ale wiele z nich wystąpi na igrzyskach olimpijskich (jak np. Durant, Damian Lillard czy Bradley Beal), a nowy sezon wystartuje już w październiku. Show musi trwać.

źródło: sport.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, NBA

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2021-07-01

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved