Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > New York Knicks po kiepskich sezonach pukają do czołówki NBA

New York Knicks po kiepskich sezonach pukają do czołówki NBA

fot. New York Knicks

New York Knicks w ostatnich latach byli w NBA pośmiewiskiem nie tylko ze względu na porażki. W obecnym sezonie pukają do ligowej czołówki. Wystarczyło wybrać odpowiedniego trenera?

Popularność wynika w dużej mierze z tego, że Knicks grają w jednym z najbardziej ekscytujących amerykańskich miast, a także w jeden z najbardziej rozpoznawalnych hal sportowych na świecie. Madison Square Garden to miejsce dla wielu fanów magiczne, zapewniające wyjątkową atmosferę, a wśród nich są także oczywiście celebryci ze świata filmu, muzyki i nie tylko. Najsłynniejszy to reżyser Spike Lee, który siedząc przy linii bocznej często wdawał się w dyskusje z zawodnikami. Wizyta w MSG zawsze była atrakcją samą w sobie.



Nie zmienia to faktu, że chociaż NBA jest biznesem, to jednak opartym na rywalizacji sportowej. A w tym Knicks mieli ostatnio poważne problemy. Nie tylko regularnie nie grali w play-off, ale nie byli nawet blisko bycia blisko tego osiągnięcia. Doszło nawet do tego, że kibice wyrażali swoje zawstydzenie siedząc w papierowych torbach na głowach. Nie można było nawet powiedzieć, że Knicks realizowali plan i chcieli zatankować (tak robili przez pewien okres Philadelphia 76ers), czyli dzięki miejscu w dole tabeli mieć większe szanse na wybór z wysokim numerem w drafcie. Nie. W Knicks chcieli wygrywać, ale nie umieli tego zrobić. W zasadzie tylko w sezonie 2018/2019 odpuścili przed końcem i skupili się na utrzymaniu ostatniej lokaty w Konferencji Wschodniej. Wygrane były tak rzadkie, że aktor Samuel Jackson o jednej z nich poinformował Spike’a Lee ze sceny podczas… rozdania Oscarów.

Ta niemoc może być zaskakująca, bo Nowy Jork to dla wielu zawodników bardzo pożądana destynacja. Knicks mają zapewne nieco ułatwione rozmowy z gwiazdami, które chętniej skorzystają z uroków wielkiego miasta. Mimo tego i mimo dużych sum pieniędzy do wydania ostatnie naprawdę duże nazwisko udało im się sprowadzić przed ponad dekadą i to poprzez transfer. Pozyskali wtedy czołowego strzelca ligi Carmelo Anthony’ego. Początki Melo w Knicks były niezłe, udało mu się nawet awansować z zespołem do najlepszej czwórki na Wschodzie. Ale działacze nie potrafili zapewnić mu odpowiedniego wsparcia. Próby wielkich wzmocnień kończyły się desperackim wydawaniem okazałych kwot na przeciętnych zawodników. W latach 2014-2017 Anthony oglądał play-off w telewizji, a potem zażądał transferu.

Uczciwie trzeba dodać, że mieli także pecha, bo gdy wreszcie udało się odkryć dla NBA talent Kristapsa Porzingisa, to Łotysz doznał poważnej kontuzji. Między nim a klubem doszło do niesnasek, atmosfera stała się napięta i skończyło się transferem do Dallas Mavericks. Knicks otrzymali wtedy zawodników, których teraz w ich składzie nie ma. I już bezpośrednio po transferze wydawało się, że to dyskusyjny pomysł. Klub liczył jednak na budowę niemal od zera i zatrudnienie latem 2019 roku gwiazd w osobach Kevina Duranta i Kyriego Irvinga. Nie udało się, co nie powinno zaskakiwać, bo byłoby dziwne, gdyby zawodnicy tego pokroju chcieli pakować się w mającą kiepską renomę organizację. A Nowy Jork i tak ich przyciągnął – podpisali wtedy kontrakty z Brooklyn Nets, gdzie grają do dzisiaj.

Knicks ostatnich lat to także liczne zmiany na ławce trenerskiej. W latach 2013-2020 mieli sześciu różnych trenerów, a właściciel James Dolan (de facto to dyrektor zarządzający spółki Madison Square Garden, którym mianował go w ubiegłym stuleciu jego ojciec Charles, obecnie 95-letni miliarder) próbował się ratować pomocą Phila Jacksona. Legendarny szkoleniowiec do pracy z zespołem wrócić nie chciał, ale zgodził się być prezydentem. Łagodnie mówiąc nie był to idealny pomysł. Nie pierwszy w wykonaniu Dolana i nie ostatni. Dwa lata tygodnik Bloomberg w tytule dużego artykułu pytał, czy to najgorszy właściciel w sporcie zawodowym w USA? Odpowiedź nie jest prosta, bo trzeba pamiętać, że Dolan poprzez Madison Square Garden zarządza nie tylko Knicks, ale także np. hokeistami New York Rangers. A oni wcale tak tragiczni nie są. Przynajmniej pod względem czysto sportowym – w 2014 roku grali nawet w finale Pucharu Stanleya.

Dolanowie w MSG posiadają co prawda mniej niż 10% akcji, ale dysponują większością głosów. W zasadzie nikt nie może zmusić Jamesa Dolana do niczego, może mieć ostateczne zdanie w każdej sprawie. – Po części problem polega na tym, że Jimmy nie jest przed nikim odpowiedzialny. Kiedy nie masz żadnej odpowiedzialności i możesz robić, co chcesz, istnieje duża szansa, że zrobisz to źle – stwierdził Bob Gutkowski, były prezes MSG. Takie słowa oczywiście Dolanowi się nie spodobało i gdy w 2019 roku świętowano 25. rocznicę wygrania przez Rangers NHL, to Gutkowskiego nie zaproszono. A to on rządził w 1994.

Cóż, Dolan krytyki bardzo nie lubi. Do dzisiaj najwyraźniej ma żal do komentatora Marva Alberta za negatywne opinie na temat gry zespołu wygłaszane na wizji. Zwolnił go z pracy w stacji MSG Network, a w ubiegłym roku nie zaprosił go na 50. rocznicę mistrzostwa NBA (potem uroczystość odwołano z powodu pandemii), które Albert relacjonował przed półwieczem w radiu. Zdarzało mu się także banować przedstawicieli nieprzychylnych mu mediów np. Daily News. Za pominięcie tej gazety podczas jednej z oficjalnych konferencji prasowych liga ukarała Knicks grzywną w wysokości 50 tysięcy dolarów.

Mimo niechęci do krytyków Dolan nie ukrywa się przed opinią publiczną. Ogląda mecze nie z loży VIP, ale z miejsc niedaleko parkietu. Niezadowoleni kibice Knicks wiele razy wyrażali swoją niechęć do Dolana i nie kończyło się dla nich dobrze. Zdarzało się, że fani krzyczący „sprzedaj zespół” (albo coś gorszego) byli informowani, że już nie wejdą na mecz. W ujawnionym przez kibica e-mailu Dolan napisał mu, że pewnie jest alkoholikiem i powinien zająć się dopingowaniem Nets. Represje dotknęły aktora Adama Pally’ego (stracił miejsca przy linii bocznej), a nawet byłą gwiazdę zespołu Charlesa Oakleya. Emerytowany koszykarz nie szczędził władzom Knicks publicznej krytyki. Kilka lat temu został wyprowadzony z Madison Square Garden przez ochroniarza. Siedział niedaleko Dolana i… tutaj wersje wydarzeń się różnica. Oakley twierdził, że Dolanowi nie podobała się jego obecność, stanowisko Knicks jest takie, że Oakley był prowodyrem.

Te wszystkie incydenty to niedaleka przeszłość, ale odeszły zdecydowanie na bok w ostatnich miesiącach. Powód? Knicks zaczęli w końcu dobrze grać w koszykówkę. I nie potrzebowali do tego spektakularnych ruchów w wyjątkowo długim okresie przerwy między sezonami. Ich transfery okazały się w większości udane, ale Alec Burks czy Nerlens Noel to teraz tylko uzupełnienie składu. Najważniejszymi graczami pozostali coraz lepsi Julius Randle (zasłużył na pierwsze zaproszenie do Meczu Gwiazd) oraz R.J. Barrett, który został wybrany z numerem 3 we wspomnianym drafcie w 2019 roku – jednak warto było lekko zatankować. Kilku innych zawodników młodego pokolenia lub uważanych za przeciętnych zrobiło krok do przodu, błysnął solidny debiutant Immanuel Quickley. Knicks obecnie zajmują czwarte miejsce na Wschodzie i bardzo prawdopodobne, że awansują do play-off bez konieczności udziału w barażu.

Za rozwój zespołu odpowiada trener Tom Thibodeau, którego wybrał będący od marca 2020 prezydentem Knicks Leon Rose, jego dobry znajomy z dawnych lat. Ale za tą kandydaturą stały nie tylko znajomości, lecz przeszłość Thibodeau. Co prawda ostatnio w Minnesota Timberwolves nie do końca mu się powiodło, ale kiedyś też ze składu (teoretycznie) bez gwiazd stworzył mocną ekipę w Chicago Bulls. Można mieć deja vu, bo pewne sytuacje są podobne do ówczesnych. – Istnieją podobieństwa w charakterystyce tych zespołów. Oba są bardzo pracowite z charakterem. Oni uwielbiają proces wspólnej pracy w grupie. Widzisz to każdego dnia. I nie tyle chodzi o rzeczy, które się mówi, ale o rzeczy, które są robione, o gotowość do poświęceń i stawiania grupy na pierwszym miejscu. Możesz to poznać po sposobie, w jaki zespół trenuje, w jaki sposób troszczy się o siebie nawzajem oraz w jaki sposób koncentruje się i przygotowuje do gry – tłumaczy trener.

I wtedy, i teraz Thibodeau dostał zespół złożony z utalentowanych graczy młodego pokolenia, ale chciał otoczyć ich pracowitymi doświadczonymi koszykarzami rozumiejącymi jego styl działania i zasady. Teraz tymi graczami są ci sami ludzie, którzy wtedy w Bykach należeli do młodszej grupy, czyli Taj Gibson i Derrick Rose. Szczególnie transfer tego drugiego w trakcie sezonu pokazuje jednocześnie, że Knicks nie chcą tylko myśleć o tym, jak dobrze ich rozwijający się liderzy mogą grać za 2-3 lata, ale odnosić zwycięstwa tu i teraz. – Każdy chce mieć ciężko pracujące osoby nastawione na zespół. Obaj odnieśli wiele sukcesów. Jeśli spojrzeć na ich procent zwycięstw z całej kariery, to jest on bardzo wysoki. Pomyślałem, że posiadanie facetów, którzy wygrywali w przeszłości, byłoby ważną częścią tego, co robimy – wyjaśnia Thibodeau.

Jego Bulls przed dekadą poprawili się z sezonu na sezon o 21 zwycięstw, czyli 25,6% i siedem miejsc w tabeli. Teraz skok Knicks ze względu na różną liczbę meczów w tych i poprzednich rozgrywkach można porównać tylko procentowo i miejscami. Na razie jest to 23,8% i osiem miejsc, czyli porównywalnie. Bulls wygrali wtedy rundę zasadniczą w Konferencji Wschodniej i dotarli do jej przegranego finału w play-off, a w kolejnym sezonie ich marzenia o wielkich sukcesach przerwała poważna kontuzja Rose’a. To rzeczy nie do przewidzenia, choć niektórzy zwracali uwagę na zamiłowanie Thibodeau do długotrwałego trzymania podstawowych graczy na parkiecie. To się nie zmieniło. W obecnym sezonie Randle ma najwyższą średnią minut (37.5) w całej lidze i można przypuszczać, że w play-off jeszcze skoczy.

Ale na takie rzeczy kibice pewnie nie zwracają uwagi, bo ważniejsze jest to, że w kwietniu Knicks mieli serię dziewięciu zwycięstw. Dla porównania w całym sezonie 2018/2019 wygrali w sumie siedemnaście razy. Jeśli dobrze pójdzie, to mogą awansować nie tylko do play-off, ale również do drugiej rundy. A w niej mogliby zmierzyć się w derbach Nowego Jorku z typowanymi do walki o mistrzostwo Nets. W rundzie zasadniczej wszystkie starcia w tej parze wygrała drużyna z Brooklynu, lecz w sumie różnicą 15 punktów. Zwycięstwo Knicks w serii byłoby sensacją, więc każdy trzeźwo myślący fan tej drużyny jednak myśli też o dalszej przyszłości i o tym, co może się wydarzyć latem. Gwiazdy pewnie przychylniej spojrzą na Nowy Jork, a Knicks będą mieli sporo gotówki do wydania i kilka ważnych decyzji do podjęcia. Ostatnie słowo będzie należało do Dolana…

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, NBA

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2021-04-29

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved