Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > NBA: Spurs nadal w grze, Pelicans i Kings mogą się pakować

NBA: Spurs nadal w grze, Pelicans i Kings mogą się pakować

fot. nathaniel-s-butler/https://news4sanantonio.com/

Po dzisiejszej nocy jesteśmy o kolejny krok bliżej do ostatecznych rozwiązań. Coraz mniej jest gdybania, a coraz więcej konkretów. Fantastyczny mecz Damiana Lillarda i jego 51 punktów zamknęło drogę do play-off Pelikanom i Kings. W grze o decydującą fazę rozgrywek na Zachodzie pozostały już tylko cztery drużyny. Wciąż na ósmym miejscu są Grizzlies, ale jeden mecz może to zmienić.

Ciekawie będzie również w czołówce Konferencji Zachodniej. Dzisiejsze wyniki sprawiły, że konfrontacja Clippers i Nuggets może zmienić układ tabeli. Koszykarze z Denver mają szansę na przeskoczenie Clips, którzy przegrali z Nets. Brooklyn tym zwycięstwem zapewnił sobie siódme miejsce na Wschodzie i już znamy dwie pierwsze pary play-off. Bucks zmierzą się z Magic, a Raptors z Nets.



Wizards walczą w Orlando już tylko o honor i jakiekolwiek zwycięstwo. Od początku było wiadomo, że Czarodzieje nie odegrają w „bańce” wielkiej roli, wciąż nie chcą jednak kończyć sezonu ośmioma kolejnymi porażkami. Z kolei dla Oklahomy wczorajsza porażka Utah oznaczała przeskoczenie Jazzmanów w tabeli. Kolejnym celem dla Thunder było zbliżenie się do Rakiet i zaatakowanie czwartego miejsca na Zachodzie. Wynik meczu był łatwy do przewidzenia i niespodzianki nie było. Thunder prowadzili od początku do końca i wygrali z łatwością. W Czarodziejach widać aż nadto brak liderów, a co za tym idzie szwankuje też zdobywanie punktów zza linii 7,24 m. W tym meczu Wizards trafili tylko 25% rzutów za trzy.

Washington Wizards – Oklahoma City Thunder  103:121
(23:32, 25:32, 27:26, 28:31)

Najwięcej punktów:
Jerome Robinson (WSH) – 19
Darius Bazley (OKC) – 23


Raptors mają już niemal pewne drugie miejsce w Konferencji Wschodniej i to była jedyna szansa na zwycięstwo Memphis – oszczędzanie przez rywala sił na play-off. Wczorajsza przegrana Blazers znacznie podniosła notowania Grizzlies na zachowanie ósmej lokaty w konferencji, co oznacza, że w dodatkowych meczach Memphis byłoby w lepszej sytuacji i musiałoby wygrać tylko jeden mecz. Do tego jeszcze jednak daleka droga.

Mecz zaczął się lepiej dla Grizzlies. Nieźle wstrzelił się za trzy Grayson Allen, który trafił trzy z pięciu prób. Pierwszą kwartę Memphis wygrało pięcioma punktami. Ich radość nie trwała jednak długo. Do roboty wzięli się Pascal SiakamFred VanVleet. Już po 4 minutach drugiej odsłony był remis, a później Raptors wyszli na prowadzenie, a coraz śmielej poczynał sobie Norman Powell, który po pierwszej połowie miał na koncie 14 punktów, a Toronto prowadziło 60:54. Trzecia kwarta należała do Raptorów, a zwłaszcza do Siakama. Dzieła zniszczenia w tej partii dopełnił w ostatniej sekundzie Kyle Lowry, który trafił za trzy i przewaga Toronto wynosiła już 17 punktów. W czwartej kwarcie sygnał do ataku dał Grizzlies Ja Morant. Wydawało się, że dystans jest zbyt duży, ale z każdą minutą prowadzenie Raptors topniało.

Trzy i pół minuty przed końcem Dilon Brooks trafił za trzy i drużyny dzieliły już tylko trzy oczka. W końcu Toronto się przełamało. Pierwsze punkty od sześciu minut dla Raptors zdobyl Siakam. Później dorzucił „trójkę” i było jasne, że Grizzlies nie odrobią już strat. Raptory dowiozły przewagę i zapewniły sobie drugie miejsce na Wschodzie.

Memphis Grizzlies – Toronto Raptors  99:108
(25:20, 29:40, 17:28, 28:20)

Najwięcej punktów:
Dillon Brooks (MEM) – 25
Pascal Siakam (TOR) – 26


Spurs zwycięstwem nad Jazzmanami przedłużyli swoje nadzieje na udział w play-off, ale ich los nie jest już tylko w ich rękach – zależy też od rywali, tym bardziej że do końca sezonu zasadniczego Ostrogi nie spotkają się już z bezpośrednimi przeciwnikami w walce o dziewiąte miejsce. Pelikany również jeszcze teoretycznie mogą awansować do decydującej fazy rozgrywek, a rywali mają nieco łatwiejszych niż Spurs. Pierwszym warunkiem do dalszych rozważań było jednak zwycięstwo nad San Antonio.

Na nieszczęście dla Pelikanów, Ostrogi postanowiły nie zostawiać nic przypadkowi i nerwowym końcówkom.  Spurs wsiedli od razu na przeciwników. Jakob Poeltl zbierał, Derrick White rzucał, a przewaga San Antonio rosła. Po stronie Nowego Orleanu znów zawodził Zion Williamson, a tylko walce JJ Redicka Pelikany zawdzięczają fakt, ze po pierwszej połowie Spurs mieli „tylko” siedemnaście punktów przewagi. Na początku trzeciej kwarty nieco obudził się Williamson, ale „nieco” to było wciąż za mało, żeby istotnie zmniejszać dystans.

Po stronie Ostróg nieźle  spisywali się Dejounte Murray DeMar DeRozan, więc przewaga nie topniała drastycznie. Do momentu kiedy pod koniec kwarty Pelikany wzięły się w garść. W końcu pokazał się Brandon Ingram i Nowy Orlean zaczął błyskawicznie dochodzić Spurs. Piętnaście sekund przed zakończeniem partii, Nickeil Alexander-Walker trafił trójkę i Pelikany przegrywały już tylko czterema oczkami. Później znów obudziły się Ostrogi. Wydawało się, że ostatecznie zbudują przewagę, która da zwycięstwo, jednak na nieco ponad trzy minuty przed końcem meczu ich prowadzenie znowu stopniało do 4 punktów. Na więcej Pelikanów już niestety nie było stać. DeRozan podkręcił tempo w końcówce i Spurs zachowali szansę na awans,  wysyłając Pelikany do domu.

San Antonio Spurs – New Orleans Pelicans 122:113
(27:19, 35:26, 19:32, 41:36)

Najwięcej punktów:
DeMar DeRozan (SA) – 27
JJ Redick (NO) – 31


Magic mają zapewnione play-offy, Celtowie z trzeciego miejsca też już raczej się nigdzie nie wybierają. Heat nie mają szans ich przeskoczyć, a zwycięstwo Toronto sprawiło, że również awans na drugie miejsce stał się dla Bostonu niemożliwy. Można więc było przypuszczać, że obie drużyny nie będą grały na 100%.

Mimo to, mecz od początku był zacięty. Oba zespoły grały ofensywnie, delikatną przewagę mieli Magic, ale na 2 sekundy przed końcem pierwszej kwarty „trójkę” trafił  Gordon Hayward i Orlando wygrało tę część tylko jednym punktem. Wszystko co najciekawsze wydarzyło się jednak pod koniec czwartej odsłony. 48 sekund przed końcem gry dwa punkty zdobył Nikola Vucevic i Orlando miało już 5 oczek przewagi. Wtedy sprawy w swoje ręce wziął Jason Tatum, który trafił dwa rzuty i doprowadził do dogrywki. W niej lepsi byli Celtowie. Vucevic miał szansę doprowadzić do dogrywki, ale nie trafił „trójki”. Po meczu przyznał, że rzut był trudny, ale po jego wykonaniu czuł, że wyszedł mu dobrze. Niestety piłka do obręczy nie wpadła.

Najlepszym strzelcem meczu był Hayword, dla którego był to drugi raz w sezonie, kiedy przekroczył barierę 30 punktów.

Orlando Magic – Boston Celtics 119:122
(29:28, 22:27, 35:32, 26:25, 7:10)

Najwięcej punktów:
Nikola Vucevic (ORL) – 26
Gordon Hayward (BOS) – 31


Sixers wciąż mają szansę na czwarte miejsce w konferencji. Zwycięstwo nad Portland dawało im taki sam bilans co wyprzedzające ich drużyny Pacers i Heat.  Co prawda z obiema drużynami Philadelphia ma ujemny rozrachunek, ale w ostatnich meczach Indiana i Miami dwukrotnie się ze sobą spotkają, więc piąte miejsce Sixers mają w swoich rękach, a przy dobrym układzie są w stanie wskoczyć jeszcze wyżej. Gdyby nie wczorajsza porażka, dziś Trail Blazers walczyliby już o awans do „ósemki” na Zachodzie. Takie marzenia musieli jednak odłożyć i od nowa gonić Memphis, jednocześnie broniąc się przed naciskającymi Suns, Spurs i Pelicans.

To nie była dobra noc dla Sixers. Już w pierwszej kwarcie boisko z powodu kontuzji kostki opuścił Joel Embiid i nie wrócił na parkiet już do końca meczu. W zupełnie innym humorze był z pewnością po meczu gwiazdor Blazers Damian Lillard. Po słabym poprzednim meczu, tym razem rozgrywający rozbił bank i zdobył 51 punktów. Koszykarze z Philadelphii mimo utraty swojego najlepszego zawodnika dopiero na trzy minuty przed końcem meczu stracili bezpowrotnie prowadzenie i dali się ograć. Po meczu Lillard powiedział: – Jestem w stanie ryzykować wszystko. Jeżeli przegrywamy, godzę się z tym. Jeżeli jednak udaje się wygrywać, mówimy sobie „Hej, zróbmy to raz jeszcze, to jest fajne!”.

Philadelphia 76ers – Portland Trail Blazers 121:124
(19:33, 39:34, 34:24, 29:33)

Najwięcej punktów:
Josh Richardson (PHI) – 34
Damian Lillard  (POR) – 51


Rakiety mają małe szanse, żeby dogonić Denver, ale za to muszą się bronić przed naciskającymi Thunder, więc nie mogli odpuścić meczu z Kings. Sacramento z kolei już tylko mocno teoretycznie mogą zająć dziewiątą lokatę, dającą prawo do gry o play-off. Póki jednak matematyka nie zamknęła tej możliwości, Królowie walczą, choć na razie z mizernym skutkiem. W Orlando wygrali tylko jedno z pięciu spotkań.

Rakiety musiały sobie w meczu z Kings radzić bez Russela Westbrooka. Nie było to jednak dla Houston wielką przeszkodą. Co prawda do połowy drugiej kwarty wszystko układało się po myśli zawodników z Sacramento, ale Rockets mieli w tym meczu świetnie spisującego się Austina Riversa, który do spółki z Jamesem Hardenem wybili z głowy Kings myśl o zwycięstwie. Drugą odsłonę wygrali 18 punktami, w trzeciej dorzucili jeszcze 17 oczek do dystansu i mogli spokojnie kontrolować mecz. Dla Riversa zdobycie 41 punktów jest rekordem w jego karierze. Porażka Sacramento oznacza z kolei, że Królowie mogą powoli pakować walizki. Dwa ostatnie spotkania nie będą miały już dla nich znaczenia, bo w play-off na pewno nie zagrają.

Houston Rockets – Sacramento Kings  129:112
(23:36, 38:20, 32:15, 36:41)

Najwięcej punktów:
Austin Rivers (HOU) – 41
De’Aaron Fox (SAC) – 26


Nets nie mają wielkiego ciśnienia. Nawet zamiana miejscami z Magic za mocno ich nie zaboli, bo zarówno Milwaukee, jak i Raptors wydają się przeciwnikiem nie do przejścia w pierwszej rundzie play-off.  Clippers zaś wciąż muszą jeszcze trochę powalczyć o zapewnienie sobie drugiego miejsca na Zachodzie, a łatwiejszego przeciwnika niż Brooklyn już nie będą mieli. W przypadku porażki Clips nie mogliby sobie już pozwolić na błędy, a w szczególności na przegraną w następnym meczu z Denver – bezpośrednim rywalem do drugiego miejsca w konferencji.

Okazuje się, że bez większego ciśnienia można ogrywać faworytów. Kluczowa dla meczu okazała się pierwsza kwarta. Nets urządzili prawdziwy rzutowy festiwal, zdobywając 45 punktów przy 24 oczkach Clips. Później Kawhi Leonard i spółka próbowali gonić, ale dystans był zbyt duży. Przez moment przewaga Nets stopniała do sześciu punktów w czwartej kwarcie, ale zdołali utrzymać prowadzenie do końca meczu. Joe Harris zdobył w pierwszej połowie 23 punkty i jest to jego rekord jeżeli chodzi o zdobycz na dystansie połowy meczu. Po stronie Clippers mały jubileusz obchodził Lou Williams, dla którego spotkanie z Nets było tysięcznym w sezonie regularnym. Williams jest trzynastym z aktywnych zawodników, którym udało się osiągnąć taką liczbę spotkań. Zwycięstwo Brooklynu, przy jednoczesnej porażce Magic oznacza, że Nets już na pewno zajmą siódme miejsce w konferencji. Clippers natomiast muszą się szykować na wojnę z Nuggets. Jeżeli ją przegrają, stracą pozycję wicelidera na Zachodzie.

Brooklyn Nets – Los Angeles Clippers  129:120
(45:24, 29:39, 24:31, 31:26)

Najwięcej punktów:
Caris LeVert  (BKN) – 27
Kawhi Leonard (LAC) – 39


Zobacz również:
Wyniki i tabele NBA

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Koszykówki All rights reserved