Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > NBA pokazała, że można grać w zamknięciu

NBA pokazała, że można grać w zamknięciu

fot. pixabay.com

Przed wznowieniem sezonu w Orlando nie brakowało obaw z nim związanych. Wątpliwości dotyczyły zasad bezpieczeństwa, zachowania zawodników, jakości widowiska, poziomu rywalizacji czy wprowadzonego systemu gry. Wiele z nich zostało już rozwianych. Po prawie dwóch tygodniach meczów NBA w Walt Disney World można wyciągnąć pierwsze wnioski. W większości pozytywne.

Po przyjeździe graczy do Orlando najwięcej mówiło się o tym, co będą robić w wolnym czasie i czy nie zabraknie dla nich rozrywek. Portale społecznościowe i (nie tylko) amerykańskie media zalały informacje o tym, kto wędkuje, kto gra w golfa, kto w karty, a kto relaksuje się na basenie. Ale gdy ruszyły mecze „o punkty”, to wszystko zeszła na drugi plan. Przy spotkaniach rozgrywanych co 2-3 dni (a czasem dzień po dniu) czasu na zapoznanie się z atrakcjami nie ma dużo.



Minął ponad miesiąc od otwarcia „bańki” i na razie spotkaliśmy się z pojedynczymi przypadkami złamania regulaminu skutkującymi wydłużoną kwarantanną. Dotyczyło to zaledwie trzech koszykarzy. Jeden (Bruno Caboclo) twierdził, że nie wiedział, że nie może już wyjść z pokoju. Drugi (Richaun Holmes) teoretycznie nie zdawał sobie sprawy, że odbierając dostawę przy bramie wjazdowej łamie zasady. A trzeci (Lou Williams) niezbyt rozważnie wybrał się do lokalu w Atlancie podczas podróży na pogrzeb bliskiej osoby. Jak na grupę ponad 300 zawodników, w wielu przypadkach bardzo młodych, to niewiele. Oczywiście z biegiem czasu niektórym może zacząć „odbijać”, ale jest pewna zależność – dłużej będą grali głównie ci lepsi, czyli w większości mądrzejsi.

Nie mamy oczywiście pełnej świadomości, jak specyficzne warunki odbierają zawodnicy na parkiecie, ale sprzed monitora/telewizora widać, że spotkania są „opakowane” atrakcyjnie. Nie jest to rzecz jasna to samo, co podczas normalnych meczów, nie ma nie tylko fanów, lecz także cheerleaderek czy maskotek. Ale NBA zadbała o to, by widzowie nie oglądali pustych trybun. Boisko otaczają ekrany z kibicami siedzącymi przed komputerem w domu i grafikami klubowymi pozostawiającymi nas bez wątpliwości, kto danego dnia jest gospodarzem. Co prawda nie wszyscy komentatorzy i reporterzy telewizyjni siedzą w hali, ale część elementów transmisji udało się uratować np. wywiady w przerwie i po meczu.

Liga uznała, że nie ma czasu na dogrywanie całej rundy zasadniczej, więc każdy przed play-off gra po 8 spotkań. Jeśli na koniec różnica między 8. a 9. zespołem w jednej z konferencji będzie nie większa niż 4 zwycięstwa, to dojdzie do barażu (wyżej notowany będzie musiał wygrać raz, niżej notowany – dwa razy). Na Wschodzie już wiadomo, że go nie zobaczymy, a Washington Wizards właściwie nie bardzo podjęli walkę. Ale na Zachodzie wręcz przeciwnie – baraż jest przesądzony, ale nie wiadomo, z czyim udziałem. Oglądamy pasjonującą walkę o to, by załapać się do „dziewiątki” i być może NBA mogłaby rozważyć podobne rozwiązanie także w kolejnych „zwykłych” sezonach.

Długa przerwa nie zmieniła nawyków potentatów. Drużyny z czołówki w ostatnich meczach przed play-off pozwalają wielu podstawowym zawodnikom na odpoczynek, żeby mogli odpocząć przed decydującą walką o mistrzostwo. Tak robili Los Angeles Lakers, Los Angeles Clippers czy Milwaukee Bucks i tak samo zapewne byłoby w normalnej sytuacji pod koniec rundy zasadniczej. Różnica jest tylko taka, że obecnie na mecze zwracamy większą uwagę i być może czasem wyciągamy zbyt daleko idące wnioski dotyczące zespołów.

Brak przewagi parkietu w play-off powoduje jednak niezbyt pozytywny efekt uboczny. Zespoły ze środka tabeli nie „zabijają” się, by awansować do czołowej czwórki i też oszczędzają niektórych graczy. Na miejscach 4-5 kolejność nie ma teraz właściwie żadnego znaczenia, ale takie podejście dotyczyło także zmierzających po szóstą pozycję na Zachodzie Utah Jazz. No i wypada zauważyć, że bez przewagi parkietu możliwości kombinowania, by trafić na konkretnego rywala są większe.

W ostatnich latach w NBA wysokie wyniki stały się normą, ale teraz w Orlando ten trend został jeszcze bardziej uwypuklony. Jeszcze nie było meczu, w którym zwycięski zespół nie rzuciłby co najmniej 100 punktów, a przykładowo w ostatnią niedzielę trzycyfrową zdobycz miało 6 z 7 pokonanych. W niektórych przypadkach wpływ na to ma brak wysokiej stawki i zaangażowania (bo play-off ważniejsze), ale trenerzy zwracają też uwagę, że przez kilka miesięcy przerwy spowodowanej pandemią koronawirusa gracze w większości trenowali tylko w pojedynkę. W obronie potrzeba zrozumienia, w ataku często wystarczą umiejętności indywidualne. A jak mówi potoczne koszykarskie powiedzenie: „rzutu nie przepijesz”. Jeśli ktoś umie rzucać to nagle tego nie zapomniał.

Więcej w Przeglądzie Sportowym

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, NBA

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2020-08-11

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Koszykówki All rights reserved