Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > NBA: Na Wschodzie Philadelphia 76ers przed Brooklyn Nets i Milwaukee Bucks

NBA: Na Wschodzie Philadelphia 76ers przed Brooklyn Nets i Milwaukee Bucks

fot. Philadelphia 76ers

Już tylko miesiąc pozostał do rozpoczęcia play-off w najlepszej koszykarskiej lidze świata. Co dzieje się w poszczególnych zespołach NBA? Kto szykuje się do walki o mistrzostwo, a kto już jest myślami przy kolejnym sezonie?

W tym sezonie po rundzie zasadniczej w grze pozostanie nie 16 – jak zazwyczaj – zespołów, ale aż 20. Drużyny z miejsc 7-10 w obu konferencjach zagrają w barażach nazywanych w USA play-in. Oznacza to, że spokój w przygotowaniach do pierwszej rundy play-off daje tylko lokata w szóstce na Wschodzie lub Zachodzie. Niższa oznacza duże ryzyko, bo w przeciwieństwie do play-off w fazie play-in decydować będą pojedyncze mecze. Siódma drużyna zagra jeden z ósmą, a w przypadku porażki w spotkaniu ostatniej szansy z wygranym meczu dziewiątego zespołu z dziesiątym. Spotkania tej fazy odbędą się w dniach 18-21 maja, a inauguracja play-off 22 maja.



KONFERENCJA WSCHODNIA

Philadelphia 76ers (bilans na 22 kwietnia 39-19)

Po poprzednim sezonie w Filadelfii panowało duże rozczarowanie szybkim zakończeniem play-off, ale władze postanowiły działać i okazuje się, że wykonały właściwe ruchy. Liderzy Szóstek Joel Embiid (świetny sezon) i Ben Simmons zostali otoczeni lepszymi strzelcami obwodowymi, a trenera Bretta Browna wymieniono na mającego większe doświadczeni w walce o finał Doca Riversa. W rundzie zasadniczej daje to pożądane efekty, zespół wygląda bardzo dobrze, ale jak wiadomo wszystko zweryfikują play-off.

Brooklyn Nets (bilans 39-20)

Kyrie Irving, James Harden i Kevin Durant to tercet budzący strach rywali, lecz jest mały problem, bo od transferu Hardena z Houston ta trójka zagrała razem tylko 7 spotkań. Co prawda zespół radzi sobie dobrze nawet jeśli nie ma jednej czy dwóch gwiazd, ale rzecz nie w tym, że wyniki są kiepskie. Po prostu akurat przy takim układzie chętnie mających piłkę w rękach zawodników brak zgrania przed fazą play-off może być istotny. Poza tym Nets mają trenera bez doświadczenia w tej roli (Steve Nash), a w składzie było sporo zmian i z zespołu występującego w ubiegłorocznych play-off obecnie regularnie grają tylko Joe Harris i Timothe Luwawu-Cabarrot. Gdy wszyscy będą dostępni, to szybkie poukładanie wszystkiego na boisku nie będzie wcale takie łatwe. Co nie zmienia faktu, że Nets wydają się głównym kandydatem do wygrania Konferencji Wschodniej.

Milwaukee Bucks (bilans 35-22)

Dwa razy z rzędu Bucks mieli najlepszy bilans na Wschodzie i kończyli poza finałem ligi. Tym razem to się nie zdarzy, bo prawdopodobnie skończą dopiero na trzecim miejscu. W Milwaukee wiedzą już jednak, że to ma mniejsze znaczenie, bo w play-off rozstawienie często można wyrzucić do kosza. Bucks z jednej strony chcieliby wreszcie chociażby znaleźć się w finale, ale z drugiej nie czują presji, bo podstawowi zawodnicy (w tym przejęty po ubiegłorocznej wpadce Jrue Holiday) mają wieloletnie kontrakty. Inna sprawa, że zapisano w nich wielkie sumy, więc o wzmocnienia wolnymi graczami będzie bardzo trudno.

New York Knicks (bilans 33-27)

Po wielu latach chudych pewnie niejeden kibic bardzo popularnych nie tylko w Nowym Jorku Knicks nie wierzył, że lepsze czasy przyjdą tak szybko. I wcale nie były do tego potrzebne wielkie transfery. Wystarczyło „tylko” zatrudnić trenera Toma Thibodeau, który całkiem niedawno stworzył świetny zespół w Chicago. Teraz z chłopców do bicia zrobił przyzwoitą drużynę Knicks z liderami w osobach Juliusa Randle’a oraz R.J. Barretta. Ta ekipa może być jeszcze mocniejsza – bo podstawowi zawodnicy są w większości stosunkowo młodzi – w przyszłym sezonie, ale chce wygrywać już teraz. Świadczy o tym np. transfer dobrze znanego trenerowi Derricka Rose’a, byłego MVP ligi.

Atlanta Hawks (bilans 32-27)

Mają dużą szansę na największy awans w porównaniu do poprzedniego sezonu – o aż 9 pozycji, bo byli na czternastym miejscu, a teraz są na piątym (przed chwilą na czwartym) mając jednak za plecami wyrównaną stawkę. Co się zmieniło w Atlancie? Młodzi zawodnicy Hawks z Trae Youngiem na czele zrobili kolejny krok do przodu, wreszcie zadebiutował pozyskany już w poprzednim sezonie środkowy Clint Capela, a poza tym sprowadzono doświadczonych zawodników, który są w stanie pomóc w zdobywaniu punktów i wygrywaniu spotkań. Bogdan Bogdanović na początku rozgrywek odniósł kontuzję, ale wrócił w wielkim stylu i obecnie jest drugą opcją ofensywną Hawks. A najważniejsza ze wszystkiego i tak była zmiana trenera – Lloyda Pierce’a zastąpił jego asystent Nate McMillan.

Boston Celtics (bilans 31-27)

Co prawda piąte miejsce w tabeli Wschodu nie wygląda tragicznie, ale jeśli porównamy grę i wyniki Celtics z poprzednim sezonem to można uznać, że kibice w Bostonie powinni czuć się rozczarowani. Wtedy wygrali 67% spotkań (teraz na razie 53%) i doszli do finału konferencji, gdzie ulegli rewelacyjnym Miami Heat. Wydawać się mogło, że potrzebują kilku korekt i mogą znowu powalczyć o wielki finał. Teraz wygląda to na nierealny scenariusz, chociaż korekty były i niewiele można zarzucić dwóm liderom (Jaylen Brown, Jayson Tatum). Nie można wszystkiego tłumaczyć nieobecnościami Kemby Walkera, bo z nim w składzie też Celtics prezentowali się średnio. Znowu brakuje równowagi między obwodem a podkoszowymi, którzy są tylko ludźmi od czarnej roboty.

Miami Heat (bilans 31-28)

Powtórny awans do finału nie wygląda teraz na realny, ale przecież przed startem ubiegłorocznych play-off też niekoniecznie wyglądał. Heat wygrzebali się z dużego dołka (mieli nawet bilans 11-17) spowodowanego problemami ze zdrowiem i koronawirusem na początku sezonu. Sporo minut musieli grać zawodnicy, których trener Erik Spoelstra pewnie nie przewidywał do poważnych ról, co może dać pozytywne efekty, bo pewności siebie nabrali Precious Achiuwa czy KZ Okpala. W kontekście play-off ważniejsze jednak wydają się transfery – Trevora Arizy oraz Victora Oladipo. Cały skład Heat wygląda lepiej niż latem ubiegłego roku, co nie znaczy, że efekty też będą lepsze.

Charlotte Hornets (bilans 28-29)

To była, nie jest, ale będzie drużyna, którą warto oglądać przede wszystkim ze względu na LaMelo Balla. Będący celebrytą już przed debiutem w NBA nastolatek podołał presji, grał efektownie i efektywnie. Doznał kontuzji i była obawa, że nie zobaczymy go już w tym sezonie, ale jednak szykuje się do powrotu na parkiet. Hornets w pełnym składzie mają problem nadmiaru bogactwa na obwodzie, ale przez kontuzje (pauzują także Gordon Hayward i Malik Monk) doszło do tego, że z pozyskali nawet dodatkowego rozgrywającego Brada Wanamakera. W kontekście play-off czy wcześniejszego play-in ekipie z Charlotte może brakować centymetrów pod obręczą, ale na pewno nie atletyzmu.

Indiana Pacers (bilans 27-31)

Mają jeden z najciekawszych duetów podkoszowych w osobach Domantasa Sabonisa i Mylesa Turnera, lecz ten drugi z powodu urazu palca stopy został właśnie bezterminowo wykluczony z gry. Sabonis też zresztą ostatnio był nieobecny, ale chwilowo. Na dodatek tylko 4 mecze zagrał w obecnym sezonie T.J. Warren i już wiadomo, że nie wróci. W tej sytuacji Pacers muszą jeszcze więcej wycisnąć z rozgrywającego Malcolma Brogdona (życiowy sezon) oraz Carisa LeVerta, który długo czekał na debiut w Pacers po transferze z Nets ze względu na wykrytego u niego guza na nerce. A także z graczy drugiego planu, czyli m.in. dwóch braci Holidayów. Awans do play-in wobec wielu problemów wydaje się maksimum możliwości Pacers.

Washington Wizards (bilans 25-33)

Bradley Beal długo był najlepszym strzelcem ligi, Russell Westbrook regularnie wykręcał triple-double, a jednak Wizards dopiero teraz po raz pierwszy znaleźli się na miejscu dającym prawo udziału w barażu. To efekt koronawirusowych (i nie tylko, bo center Thomas Bryant wyleciał na wiele miesięcy z gry z powodu kontuzji) kłopotów z początku sezonu, gdy zespół był przez pewien czas zdekompletowany i pauzował przez prawie dwa tygodnie. W połowie lutego w Waszyngtonie mieli bilans 6-17, od tego czasu wygrali większość spotkań i idą w górę. Jeśli wskoczą do dziesiątki, a nawet ósemki, to nie powinno to być zaskoczenie. Beal, Westbrook i spółka wydają się dobrym kandydatem do roli czarnego konia. Muszą tylko w komplecie (pomijając rzecz jasna Bryanta) być zdrowi.

Toronto Raptors (bilans 25-34)

Duży spadek mistrzów z sprzed dwóch lat i półfinalistów konferencji z ubiegłego roku. Raptors znaleźli się w trudnej sytuacji, bo ze względu na związane z koronawirusem ograniczenia podróży między Kanadą a USA musieli przenieść się na ten sezon do Tampy. Stracili też dwóch podkoszowych z mistrzowskiego składu Marca Gasola oraz Serge’a Ibakę i w składzie powstały dziury. W tej sytuacji Raptors należą się wręcz oklaski za ciągłe wygrzebywanie i rozwijanie młodych zawodników. Najnowszą rewelacją jest pochodzący z Saint Lucia, lecz wychowany w Kanadzie podkoszowy Chris Boucher.

Chicago Bulls (bilans 24-34)

Ciągle są w grze o baraże, ale na krawędzi i pewnie sprawa 10. miejsca rozstrzygnie się na finiszu rundy zasadniczej. Ten sezon wygląda lepiej niż trzy poprzednie i duża w tym zasługa Zacha LaVine’a, który jest w czołówce najlepszych strzelców i wystąpił nawet w Meczu Gwiazd. Byki mają teraz aż dwóch uczestników tego spotkania, bo z Orlando Magic udało się im pozyskać Nikolę Vučevicia (a także innego solidnego podkoszowego Daniela Theisa z Bostonu). Center z Czarnogóry ma indywidualnie dobry początek w nowym klubie, ale jednak drużyna częściej ostatnio przegrywała. Wygrała dwa razy, gdy z powodu kwarantanny zabrakło LaVine’a. Może po prostu dwie gwiazdy potrzebują czasu, by się zgrać? W sumie dziwne byłoby gdyby było inaczej…

Cleveland Cavaliers (bilans 21-37)

Łatwo zapomnieć, że dzięki m.in. świetnej grze obwodowego duetu Collin Sexton/Darius Garland mieli dobry początek i pod koniec stycznia bilans 9-9, który dawał im szóste miejsce na Wschodzie. Z kolejnych 13 meczów wygrali tylko 1 i nadzieje o play-off posypały się jak domek z kart. Cavaliers też zdali sobie z tego sprawę i zrezygnowali z maszyny do zbiórek Andre Drummonda stawiając na młodszych, czyli głównie Jarretta Allena. Kolejnym graczem, którego w Cleveland będą chcieli się zapewne pozbyć jest mający wysoki kontrakt pamiętający mistrzostwo z 2016 roku Kevin Love. A i on sam pewnie chętnie zmieni zespół na walczący przynajmniej w play-off.

Orlando Magic (bilans 18-40)

Sezon rozpoczęli normalnie z ambicjami, ale gdy okazało się, że cudów nie będzie i w najlepszym (i tak mało realnym) przypadku mogą wślizgnąć się do baraży, to przeprowadzili wielką wyprzedaż. Orlando opuścili Nikola Vučevic, Evan Fournier i Aaron Gordon, czyli trzech najlepszych zawodników Magic. Skład został przewietrzony, a z punktu widzenia fana tej ekipy do obecnych nazwisk tych bardziej doświadczonych zawodników raczej nie należy się przywiązywać. Lepiej patrzeć na takich graczy jak Cole Anthony, R.J. Hampton czy Wendell Carter, bo oni mogą być w przyszłości Magic. No i oczywiście szykować się do draftu.

Detroit Pistons (bilans 18-41)

W przekroju sezonu najsłabsza drużyna Wschodu, której liderem jest będący w poprzednim sezonie na drugim planie w Denver Jerami Grant. Ale kto miałby pełnić taką rolę, skoro w składzie są tylko zawodnicy niedoświadczeni lub właśnie grający wcześniej jako zadaniowcy? Pistons mają kilku zdolnych i utalentowanych koszykarzy (Saddiq Bey, Isaiah Stewart, Killian Hayes, Saben Lee, Sekou Doumbouya), których chcą rozwijać, ale czy z któregoś z nich może wyjść koszykarz prowadzący drużynę z powrotem do play-off? Takiego chyba trzeba będzie poszukać w drafcie. Albo latem na rynku.

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved