Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > NBA międzynarodowa, ale znów bez Polaka

NBA międzynarodowa, ale znów bez Polaka

fot. nba.com

W składach 30 zespołów rozpoczętego we wtorek 19 października NBA znajdziemy obcokrajowców ze wszystkich kontynentów, ale nie Polaka.

Po raz trzeci z rzędu sezon najlepszej koszykarskiej ligi świata rozpoczyna się bez zawodnika posiadającego paszport z orzełkiem. Ostatnim takim zawodnikiem był Marcin Gortat, który w 2019 roku zakończył długą i niezłą karierę. Szanse na to, że sytuacja zmieni się w trakcie sezonu są niemal zerowe, a tylko trochę większe, jeśli chodzi o kolejne rozgrywki. O wyborze w drafcie marzy reprezentant Polski Aleksander Balcerowski. 21-latek obecnie jest zawodnikiem serbskiej Megi Belgrad, czyli tego samego klubu, który wyszkolił MVP ostatniego sezonu Nikolę Jokicia. To oczywiście nie oznacza, że wałbrzyszanin nie podąży jego drogą, ale kierunek wybrał co najmniej intrygujący. W dalszej przyszłości o NBA mogą myśleć rozpoczynający tej jesieni studia na dobrych uczelniach w USA 19-letni Jeremy Sochan (Baylor), Igor Milicić (Virginia) i Kacper Kłaczek (St. Joseph’s).



Polaka w NBA nie ma, za to zagra trzycyfrowa liczba obcokrajowców (czyli graczy spoza USA) z kilkudziesięciu krajów. Przejść do historii może Portugalczyk Neemias Queta, który podpisał tzw. „two-way” kontrakt, czyli będzie jednocześnie zawodnikiem Sacramento Kings i występujących w G-League Stockton Kings. Pewnie częściej zobaczymy go w tej drugiej ekipie, ale przecież wystarczy chociażby minuta, by został pierwszym obywatelem swojego kraju w NBA. Oprócz Portugalii swoich ludzi w tej lidze ma też kilka innych teoretycznie koszykarsko słabszych państw niż Polska jak np. Egipt (Abdel Nader w Phoenix Suns), Austria (Jakob Pöltl w San Antonio Spurs), Szwajcaria (Clint Capela w Atlanta Hawks) czy Jamajka (Nick Richards w Charlotte Hornets). A w poprzednim sezonie grali także przedstawiciele Ghany (Amina Brimah w Indiana Pacers) i Gabonu (Chris Silva w Miami Heat), zwolnieni tuż przed obecnymi rozgrywkami.

Jedyny zagraniczny zespół NBA Toronto Raptors przystąpi do sezonu 2021/22 z aż 10 zawodnikami spoza USA. Tutaj na słowo „obcokrajowiec” należy uważać, bo przecież to drużyna z Kanady, ale jednak przyjęło się w NBA miejscowi są Amerykanie. Raptors też zawsze mieli ich najwięcej, lecz teraz sytuacja się zmieniła i w zasadzie poza Gary Trentem oraz Fredem VanVleetem to gracze drugiego, nawet trzeciego planu. Żartobliwie można stwierdzić, że gdyby w NBA obowiązywał przepis z polskiej ligi o sześciu rodzimych zawodnikach w składzie meczowym, to Raptors mieliby z tym problem. Duży zestaw zagranicznych mają także w Oklahomie, Waszyngtonie, Denver czy Dallas, a w niektórych klubach powstały małe narodowe kolonie np. czarnogórska w Chicago, grecka w Milwaukee czy rodzinna niemiecka w Orlando z braćmi Moritzem i Franzem Wagnerami.

Ale międzynarodowość NBA ma charakter nie tylko ilościowy, lecz również jakościowy. Przecież w ostatnim sezonie większość nagród indywidualnych zdobyli gracze zagraniczni, a w najlepszej piątce sezonu było dwóch Amerykanów (Kawhi Leonard, Stephen Curry). I chociaż USA jako kraj produkuje zdecydowanie najwięcej dobrej klasy koszykarzy, to jednak w przypadku zorganizowania na wzór Ryder Cup poważnego meczu z Europą lub z Resztą Świata niekoniecznie Amerykanie musieliby wygrać. Do pełnej internacjonalizacji NBA brakuje chyba już tylko sukcesu trenera-obcokrajowca. Prowadzący Brooklyn Nets Kanadyjczyk Steve Nash jest dopiero trzecim 100-procentowo zagranicznym szkoleniowcem w NBA. I może zostać pierwszym mistrzem.

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, NBA

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2021-10-20

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved