Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Mikołaj Witliński: Chcemy wrócić na zwycięską ścieżkę po czterech porażkach

Mikołaj Witliński: Chcemy wrócić na zwycięską ścieżkę po czterech porażkach

fot. Mariusz Mazurczak/Asseco Arka

Przed koszykarzami Arki Gdynia mecze z MKS Dąbrowa Górnicza i HydroTruckiem Radom. Dwa zwycięstwa na zakończenie pierwszej rundy sezonu zasadniczego byłyby spełnieniem marzeń. – Mam taką nadzieję. Z taką myślą trenowaliśmy w czasie ostatniej przerwy. Chcemy wygrać i umocnić się w tabeli przed rundą rewanżową. Takie było zresztą założenie, żeby wygrywać spotkania z rywalami jak MKS czy HydroTruck. Chcemy wrócić na zwycięską ścieżkę po czterech porażkach – mówi Mikołaj Witliński.

Przerwa, o której pan mówi, trwała prawie trzy tygodnie. Przydała się?



Mikołaj Witliński:Jak najbardziej. Mieliśmy czas na odbudowanie formy fizycznej, nieco regeneracji i naładowanie akumulatorów, żeby udanie dokończyć pierwszą rundę i być gotowym na rewanżową. Trenowaliśmy mocniej niż w normalnym meczowym tygodniu, ale mieliśmy też trochę chwil na odpoczynek, by zachować balans.

Trenowaliście niemal w komplecie, bo brakowało jedynie Adama Hrycaniuka, który był na zgrupowaniu kadry narodowej. Pan to chyba odczuł najbardziej, bo domyślam się, że to właśnie z popularnym „Bestią” najczęściej rywalizujecie na treningach.

– Zdecydowanie. Adam jest bardzo ogranym koszykarzem. Grał w najlepszej europejskiej lidze w Hiszpanii i to nie w klubie z dołu tabeli, tylko w Walencji. Jest wielokrotnym reprezentantem Polski, więc mogę się od niego wiele nauczyć. Jest niezmiernie doświadczony, więc łapię szlify. Na treningach ciężko trenujemy i po każdym odczuwam zmęczenie, bo nie dajemy za wygraną. Walka pod koszem jest mocna, ale to duży plus, bo w dzięki temu w meczach jest łatwiej.

Często rozmawiacie z Adamem Hrycaniukiem? Udziela panu wskazówek, przekazuje rady?

– Tak, zawsze. Chętnie ich słucham. Adam jest chyba najlepszym wysokim obrońcą, z którym grałem, dzięki czemu mogę szkolić warsztat ofensywny.

W karierze ma pan u boku wielu fachowców. Jak można ocenić współpracę z Żanem Tabakiem?

– Nie mogę zbytnio wypowiedzieć się w tej kwestii, ponieważ nie mogłem do końca tego zweryfikować na boisku. Przyznam jednak, że zawsze da się coś wyciągnąć od każdego trenera, niezależnie czy to polski czy zagraniczny szkoleniowiec. Każdy mi coś podpowiedział, przekazał cenne uwagi co do gry, treningu czy mentalności poza boiskiem, bo to też ważne.

Po zakończeniu poprzedniego sezonu nie było tematu przedłużenia kontraktu z klubem z Zielonej Góry?

– Powiem szczerze, że nie dostałem takiej propozycji. Natomiast szukałem miejsca, w którym będę dostawał minuty i odgrywał dużo bardziej znaczącą rolę niż w Zielonej Górze.

Jak oceni pan ten okres? W Energa Basket Lidze rozegrał pan w sumie dziewięć spotkań, ale z drugiej strony był debiut w Lidze VTB.

– Wspominam to bardzo pozytywnie. Gra w Stelmecie opiera się na sporej rotacji, gdzie wymagana jest wzajemna pomoc, to bardzo zespołowa obrona. Z punktu zdobywania doświadczenia to był top, bo to była najlepsza drużyna w Polsce w tamtym sezonie. Dostałem szanse w Lidze VTB, doświadczyłem rywalizacji z najlepszymi w Europie. Na pewno to cenne i bardzo miłe przeżycie.

Do Stelmetu trafił pan z drugiej ligi hiszpańskiej, ale chyba nie zaliczy pan tego okresu do udanego, bo w Melilla Baloncesto był pan cztery miesiące.

– Ciekawe doświadczenie, ale bardziej życiowe niż koszykarskie. Pod względem sportowym liczyłem na coś więcej. Nie było tam niczego lepszego niż w Polsce. Jeśli mam porównać treningi i ich jakość, to u nas jest diametralna różnica na plus. Przeliczyłem się i nie odnalazłem, ale nie ze względu poziom sportowy, tylko na specyfikę systemu w tym klubie. Życiowo to dosyć specyficzny kierunek, bo była to enklawa hiszpańska w Afryce, więc kawał od domu. Miałem ograniczony kontakt z rodziną. Podróż z Polski z przesiadkami trwała prawie 24 godziny. Miejsce urokliwe, bo to inna kultura czy religia, więc było dosyć egzotycznie.

Musimy dodać, że wyjechał pan po praktycznie straconym sezonie przez kontuzję.

– To były bardzo skrócone dwa lata. Może nie mówmy o zawirowaniach, ale na pewno miałem pecha, bo kontuzja kolana to nic przyjemnego. Sądziłem, że wrócę dużo szybciej, a okazało się, ze straciłem prawie cały sezon. 20 meczów w trakcie dwóch lat to mało.

Teraz czuje pan stabilizację?

– Myślę, że tak. Docieramy do połowy rundy zasadniczej i jako drużyna nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Zostały nam dwa mecze i bardzo zależy nam na wygranych. W rewanżach chcemy zaprezentować się lepiej. Mówię tu o drużynie, ale również o sobie. Czuję, że jestem dojrzałym i świadomym koszykarzem. Chciałbym to udowadniać, ale zawodnik rozwija sezonami. Ostatnie lata miałem zachwiane i regularnie gram ledwie od sierpnia.

Gra w Asseco Arce wiele dla pana znaczy? To tutaj się pan urodził i wychował.

– Nie jeden zawodnik marzy lub chciałby grać w rodzinnym mieście. Ja akurat mam ten przywilej, że rodzina, bliscy i przyjaciele są blisko mnie. Na początku nie wiedziałem jeszcze jakie będą cele i idee klubu. Po tym, jak wyszła inicjatywa polskiego składu, skontaktowałem się z trenerem Przemysławem Frasunkiewiczem i doszliśmy do szybkiego porozumienia, więc nie było nad czym się zastanawiać.

Rozmawiał Damian Konwent – więcej w serwisie sport.trojmiasto.pl

źródło: sport.trojmiasto.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Energa Basket Liga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-12-03

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved