Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Michał Ignerski: Moja kariera na pewno nie była łatwa

Michał Ignerski: Moja kariera na pewno nie była łatwa

fot. pzkosz.pl

Swego czasu Michał Ignerski był jednym z najlepszych polskich koszykarzy. Występował w barwach takich klubów jak hiszpańskie San Sebastian Gipuzkoa BC i Caja San Fernando, rosyjskie Lokomotiw Kubań i BK Niżnyj Nowogród, włoski Virtus Rzym, francuski Le Mans Sarthe Basket, portugalski Ovarense Aerosoles i turecki Besiktas Stambuł, gdzie dzielił szatnię z wielkim Allenem Iversonem. Niedawno został wiceprezesem AZS-u Basket Nysa. 

Poszedł pan nietypową drogą, bo jako 19-latek wybrał ligę NCAA.



Michał Ignerski: Miałem do wyboru wtedy albo pozostanie w polskie lidze i zarabianie dość fajnych pieniędzy jak na tamte czasy, albo wyjazd do USA, bo i stamtąd zaczęło się pojawiać zainteresowanie moją osobą choćby przez różnego rodzaju turnieje dla młodzieży w Europie. I tak to ziarenko zaczęło we mnie kiełkować i postanowiłem spróbować swoich sił w tamtejszej koszykówce.

Teraz to już nie taki problem jak kiedyś, ale był pan jednym z pierwszych naszych koszykarzy którzy zdecydowali się na taki krok. W dodatku wtedy nie było internetu, skypa, komunikatorów…

– I faktycznie te realia były całkiem inne, aniżeli teraz. Nie było możliwości dzwonienia do rodziny czy dziewczyny i ten rozbrat był naprawdę ciężki. Nie było też internetu, zbyt wielu informacji i tak naprawę nie wiedziałem za bardzo do końca gdzie jadę. Tym bardziej, że z językiem angielskim też wtedy stałem średnio. W związku z tym wszystkim nie zdecydowałem się od razu na czteroletnie studia, tylko na Junior College czyli coś w stylu szkoły policealnej. To też jest inny standard, inne warunki. Wszystko to poznawałem na własnej skórze. Miałem jednak tyle charyzmy, chęci i uporu, że nie mogę wrócić do Polski, bo to byłaby dla mnie jakaś rysa. Już tak mam, że jak już się na coś piszę to chce to dokończyć. Dlatego krok po kroku trenowałem ciężko, biłem się z tęsknotą, ale też udało mi się trafić do Mississippi State. Z perspektywy czasu nie wiem czy to był dobry wybór czy nie, może były lepsze uczelnie dla mnie, ale nie pod względem jakości szkoły czy poziomu koszykarskiego, ale bardziej w kwestii pomocy. ]Muszę też nadmienić, że nigdy nie myślałem, jadąc do USA, że robię to po to być grać w NBA. Mój tata czyli moje wielkie wsparcie i motywator zawsze wspominał, że poświęcił wszystko grając w Starcie Lublin [dwa brązowe medale MP – przyp. red] i tak naprawdę nie skończył szkoły, miał jedynie zawodową i po karierze musiał normalnie szukać pracy. Uczulał mnie, żebym nie popełnił jego błędu. To był dla mnie dobry przykład, że muszę jeszcze umieć robić w życiu coś innego. To było jego marzenie żebym miał coś „w zanadrzu”. Może z tego względu, że mogłem dobrze zarabiać dzięki koszykówce to na razie z tego wykształcenia nie muszę korzystać i ta szkoła dużo mi nie dała, ale być może gdyby inaczej by się potoczyło w baskecie i wypadłbym „z obiegu”, to pewnie te umiejętności czy kontakty z uczelni by mi się jednak przydały.

Koszykówka uniwersytecka ma w USA mnóstwo kibiców. Były szansę na kolejny krok?

– Co do samej koszykówki to zdarzały się niesamowite mecze, jak te gdy graliśmy w finałach konferencji przed 50 tys. To były niesłychane emocje. Te momenty gdy wygrywaliśmy różne turnieje jako szkoła daje mi poczucie, że ten czas był dobrze wykorzystany i mam z tego okresu świetne wspomnienia. To czy grałem później w NBA czy nie, nie miało wtedy dla mnie większego znaczenia. Ja byłem tak zmęczony wtedy po tych czterech latach pobytu w Stanach Zjednoczonych, że o niczym innym bardziej nie marzyłem, jak o powrocie do rodziny, do kraju i do europejskiej rzeczywistości.

Pan automatycznie był w drafcie AD 2003, który był „nieziemski”: Lebron James, Carmelo Anthony, Chris Bosh, Dwayne Wade…

– Z nimi wszystkimi byłem na praktycznie finałowym campie w Chicago, gdzie już została wąska grupa. Tam przez blisko tydzień nas sprawdzili na wszystkie sposoby łącznie z badaniami i zajęciami sportowymi. I ja też później zdałem sobie sprawę, że miałem przecież wtedy ciężką kontuzję, zwichniętą rękę łącznie z sześcioma śrubami w prawym nadgarstku. Mając świadomość jak Amerykanie podchodzą do tego typu rzeczy, to wybierając mnie w drafcie, na pewno nie byłoby to coś co by pomagało. Miałem też jednak możliwość uczestniczenia w Lidze Letniej, ale odmówiłem nie zdając sobie sprawy do końca, ile takie coś znaczy w CV, nawet w kontekście gry w Europie. Proszę mi jednak wierzyć, że wtedy jedyne o czym marzyłem to powrót do Europy.

Wrócił pan najpierw do Polski, gdzie spędził trzy lata z małą przerwą, a potem Hiszpania, Turcja, Rosja, Włochy, Francja. Niejeden polski sportowiec by tak chciał.

– Cieszę się czasem, że mam możliwość udzielania wywiadów, bo ktoś mi może o tym przypomnieć (śmiech). Bo ja żyje z dnia na dzień i zapominam o tym, a tu – jak tak się człowiek zastanowi – jest co wspominać. Moja kariera na pewno nie była łatwa, ale wiele zobaczyłem, wiele doświadczyłem. To świetna sprawa poznać tylu ludzi, inne ligi, organizację, mierzyć się z wieloma kapitalnymi zawodnikami. Mało jest graczy w danym okresie najlepszych w danym kraju z którymi nie miałem okazji rywalizować. To jest chyba też to bogactwo sportu.

No i „cream de la cream” tych wojaży. Besiktas Stambuł z Allenem Iverson w składzie.

– Oj tak. Przyznam, że początkowo to był szok, trochę jak z bajki. Tamtejszy basket gromadzi tak naprawdę kibiców piłki nożnej, którzy mogą przyjść na mecz i pokrzyczeć na rywali. Koszykarska część Besiktasu to przecież raczej drużyna nieduża, nawet w pewien sposób rodzinna. Np. atmosfera fajna, ale też i jedna z najmniejszych hal w jakich grałem profesjonalnie. I nagle przychodzi jakiś pracownik klubu i mówi, że chcemy sprowadzić „tego” Iversona. Nikt w to nie mógł uwierzyć, ten człowiek wręcz został wyśmiany. Były plotki tu i tam, ale nikt nie brał tego na poważnie. Aż tu pewnego dnia otwierają się drzwi do szatni, wchodzi czterech ochroniarzy, a później wchodzi „on”. Wtedy dotarło do nas, że te plotki to jednak prawda (śmiech). Gdy trafił do nas to był bez kondycji, ze swoimi problemami, różne były wokół tego historie, ale nie wypadało w to wnikać. W dodatku gdy już opadł kurz całej tej euforii to musiał jak każdy zaistnieć w naszym zespole, pokazać, że się nadaje do nas. Gdy się otworzył, to udowodnił, że jest bardzo fajnym kumplem. Nie mogę złego słowa o nim powiedzieć. Zamknięty w sobie, ale też przemiły człowiek. To był jeden z moich idoli młodości. On, Michael Jordan i Hakeem Olajuwon. To było coś niebywałego, chodzić z nim po treningach na obiady czy kolację i rozmawiać o tych czasach w NBA. Tak naprawdę to on cały czas musiał mówić, bo nie czuliśmy, że powinien słuchać naszych historii (śmiech). Cały czas prosiliśmy go, żeby opowiedział o jakiś pamiętnych meczach, sytuacjach czy rywalizacji z Jordanem. Żałuje, że tego nie nagrywałem, bo byłby z tego świetny materiał, ale przecież z drugiej strony kumpli podczas rozmów się nie nagrywa (śmiech).

Trudno też nie poruszyć tematu kadry. Na tę z ME 97 był pan za młody, a w 2019 roku na mundial było za późno… Jest poczucie niespełnienia?

– Być może tak, ale mam też świadomość, przez to granie w wielu krajach, jak odbywa się tam szkolenie młodzieży. Jak się podchodzi do reprezentacyjnej koszykówki. Sukces w 1997 roku wynikał z tego, że w polskiej lidze mieliśmy świetnych Polaków, stawiano na wychowanków. Nie wiem czy to kwestia zmiany przepisów, ale potem już tyle młodzieży nie było w kadrze. A może to kwestia czasów, bo choćby za moich lat w moim rodzinnym Lublinie były cztery kluby młodzieżowe i one wszystkie rywalizowały w poszczególnych kategoriach. Później jednak w tych większych ośrodkach jak Warszawa czy Poznań koszykówki już nie było i to ma przełożenie też na reprezentację. Mogłem sobie to porównać gdy wyjechałem do Hiszpanii. W Sevilli na treningi przychodzili gracze z 3 i 4 ligi i ja bym sobie dał rękę uciąć, że byliby gwiazdami w polskiej lidze jako skrzydłowi czy rozgrywający. To mi dało do myślenia, że nie możemy chcieć za dużo. Nie możemy oczekiwać, że nagle będą sukcesy i będziemy regularnie wygrywać. Po prostu nie ma stałego napływu utalentowanej młodzieży. Co do sukcesu w Chinach to pamiętam sporo tych chłopaków ze wspólnych występów w reprezentacji. Damian Kulig, Mateusz Ponitka i Adam Waczyński dopiero wchodzili do europejskich zespołów. Wiedziałem jednak, że trzy, cztery lata później to będą świetni gracze. Widziałem, iż oni mają fajne podejście do sportu, do życia i czułem, że to są talenty, które się nie zmarnują. Wystarczyło ich umiejętnie poukładać, dołożyć kolejnych graczy i to było w stanie zafunkcjonować. Ja jestem bardzo dumny z tego zespołu, że tak się przyjemnie na nich patrzyło. To był team, nie było indywidualności. Dużo dało im to, że nie mówiło się o nich tak jak o kadrze za moich czasów, że jest jeden czy dwóch zawodników. O nich mówiło się o reprezentacji jako o całości. To też miało swój wydźwięk. Niemniej bardzo się cieszę z tego co chłopaki zrobili w Chinach, bo każdy sukces może zrodzić kolejny, zachęcić sponsorów i kibiców, ale jestem już chłodniej nastawiony do tego sukcesu. Był on też wynikiem tego, że wielu zawodników grało w europejskich zespołach.

Komu pan kibicował w latach młodości?

– Chicago Bulls rzecz jasna było wtedy legendarne i chyba nie było zbyt wielu ludzi, którzy byli przeciwko tej drużynie. Kibicowałem też Orlando Magic i Los Angeles Lakers, no i Philadelphia 76-ers z Allenem Iversone i Toronto Raptors z Vincem Carterem i Tracym McGradym. Ogólnie lubiłem dynamiczne zespoły i chłopaków co skaczą po głowach i urywają obręcze (śmiech).

Więcej w Nowej Trybunie Opolskiej

źródło: nto.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, II liga mężczyzn, inne, reprezentacja mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-06-12

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Koszykówki All rights reserved