Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Matthias Zollner: Jestem trenerem, który zawsze chce walczyć o mistrzostwo

Matthias Zollner: Jestem trenerem, który zawsze chce walczyć o mistrzostwo

fot. GTK Gliwice

Trener Matthias Zollner przed angażem w GTK Gliwice pracował m.in. w sztabach reprezentacji Austrii i Niemiec, a także w europejskiej federacji. Na Górny Śląsk niespodziewanie przeniósł się z czołowego węgierskiego zespołu. – Widzę tutaj perspektywy rozwoju klubu. W koszykówce nie można żyć przeszłością, ale teraźniejszością i przyszłością – mówi dodając, że w kolejnym sezonie chciałby zagrać z zespołem w europejskich pucharach.

Jest pan zadowolony z początku sezonu w wykonaniu GTK Gliwice?



Matthias Zollner: Jako trener nigdy nie jestem zadowolony, bo zawsze widzę możliwości poprawy. Ale jestem też realistą, wiem z jakiego poziomu startuje GTK i jakie mamy cele. Idziemy w dobrą stronę. Mamy bilans 5-3, przegraliśmy tylko z Anwilem, w Zielonej Górze i z Asseco, a to czołowe zespoły z ostatnich lat. W takich meczach spodziewasz się, że możesz przegrać, ale z drugiej strony nie graliśmy w tych spotkaniach najlepiej.

Z GTK rozstał się Martin Krampelj. Czy spodziewał się pan, że będzie chciał odejść po kilku tygodniach?

– Zatrudniliśmy go na początku jako zastępstwo za MJ-a Rhetta. Byliśmy na tyle mądrzy, by zabezpieczyć się w umowie i jeśli chcielibyśmy zrobić, to kontrakt Krampelja zostałby przedłużony. Ale my mamy mocno obsadzoną pozycję silnego skrzydłowego, która jest dla niego najlepsza. Na czwórce mogą grać Szymon Szymański, Jordon Varnado, Łukasz Diduszko. Martin to dobry człowiek i zawodnik, ale dla nas lepiej było w tej sytuacji nie przedłużać umowę, bo nie można mieć trzech dobrych graczy na jedną pozycję.

Wspomniał pan Szymańskiego. Czy zaskakuje pana, że tak dobrze radzi sobie zawodnik, który ma niewielkie doświadczenie z ekstraklasy i ostatnio grał tylko w pierwszej lidze?

– Szczerze mówiąc nie. Latem zaprosiliśmy go na try-out i już po dwóch minutach powiedziałem prezesowi, żeby podpisał z nim kontrakt. Jeżeli coś mnie zaskoczyło to fakt, że nie dostał od nikogo szansy w ostatnich 2-3 lat. Ma umiejętności, charakter, etykę pracy, wszystko, by być dobrym graczem w polskiej ekstraklasie. Przecież już kilka sezonów temu pokazywał to w Radomiu grając nawet w Lidze Mistrzów.

Padło też nazwisko Malcolma Rhetta, który w okresie przygotowawczym miał wypadek i doznał poparzenia. Czy to była trudna decyzja, by poczekać na jego powrót i zatrzymać go w składzie?

– Nie. Po pierwsze nie jestem zwolennikiem zmian w składzie. Jeśli podpisałem z kimś kontrakt to chcę z nim pracować. Również dlatego, że poświęcam dużo czasu na skauting i rekrutację latem. Po drugie na początku przez 2-3 dni myśleliśmy, że czeka go wiele miesięcy przerwy, ale potem lekarze powiedzieli, że to jednak kilka tygodni, więc byliśmy zdecydowani, żeby poczekać.

Czyli nie miał pan do niego pretensji i nie uważa pan, że zawinił?

– Oczywiście, że to była jego wina i nie byliśmy z tego zadowoleni. Ale z drugiej strony pracujemy z ludźmi, nie robotami. Ludzie robią różne niespodziewane rzeczy. Czasem dobre, ale czasem także złe.

Klub z Gliwic zgłosił się do udziału w europejskich pucharach, ale ostatecznie nie został przyjęty. Rozczarowanie?

– I tak, i nie. Gdy podpisywałem kontrakt, to zgodziliśmy się, że chcemy grać w pucharach. Wszystkie moje zespoły występowały w pucharach. Jeśli chcesz być na topie w lidze krajowej, to musisz mieć rytm dwóch meczów w tygodniu. Chociażby dlatego, że potem w play-offach też grasz często i dzięki temu jesteś przygotowany. Ale w obecnej sytuacji wszystko się zmienia i szczerze mówiąc wątpię, czy uda się rozegrać Puchar Europy FIBA w tym sezonie. Po sytuacji w Eurolidze widać, że ciężko jest organizować takie rozgrywki. Koronawirus zmieni podejście do międzynarodowej rywalizacji w najbliższych 5-10 latach. Nawet jeśli znajdzie się szczepionka, to i tak nie będzie łatwo. Patrząc na to, co się dzieje może się okazać, że dla nas to wcale nie jest gorzej, że nie gramy obecnie w pucharach. W przypadku tego sezonu mam mieszane uczucia, ale w kolejnym chciałbym wrócić do pucharów.

Pana zespół rozgrywa mecze w małej hali w Gliwicach obok wielkiej areny. Czy zdarza się, że patrzy pan na tę większą myśląc, że fajnie kiedyś byłoby w niej zagrać?

– Nie graliśmy tam co prawda, ale trenowaliśmy kilka razy, gdy mała była zajęta przez inne eventy. Ta wizja dotycząca dużej hali pojawia się nie tylko u mnie, ale także u prezesa. Chcielibyśmy, żeby w niedalekiej przyszłości można zagrać wszystkie albo przynajmniej te najważniejsze mecze właśnie tam. Obecnie to nie ma sensu, skoro nie jesteśmy w stanie ściągnąć tam kilku tysięcy widzów. GTK to młody klub, ma duże możliwości rozwoju. Jest hala, miasto nas wspiera, prezes wykonuje dobrą pracę. Gliwice mają przewagę nad innymi miastami, mogą zrobić krok do przodu, ale na razie mała hala jest dla nas odpowiednia.

Z pana słów wynika, że ma pan w stosunku do GTK długofalowe plany.

– Nie przyszedłem tu na rok, nawet nie na dwa lata. Jestem trenerem, który zawsze chce walczyć o mistrzostwo. Przez ostatnie kilka lat zawsze miałem jakiś medal. Wiem, że w tym sezonie to może nie jest niemożliwe, lecz na pewno bardzo trudne. Ale widzę perspektywy w przyszłości.

W ostatnim czasie z powodu koronawirusa w terminarzu ciągle dochodzi do zmian i pewnie nadal tak będzie. Ciężko się prowadzi zespół w takich warunkach?

– Nie jest łatwo, ale warunki są takie same dla każdego, więc to jest fair. Trener z jednej strony powinien przygotować drużynę na najbliższego przeciwnika, ale z drugiej strony zarządzać grupą ludzi. Zawodnicy mają różne charaktery i odczucia. Jedni boją się koronawirusa, inni są wkurzeni zakazami. To wszystko utrudnia pracę trenera, dzieją się rzeczy, którymi na co dzień się nie zajmujemy. Musimy zadbać o to, by edukować graczy odnośnie stylu życia poza boiskiem, namawiać ich do tego, by dbali o siebie i swoje zdrowie.

Wiele zespołów EBL ma lub miało zawodników zarażonych koronawirusem. Nie boi się pan prowadzić drużyny?

– Nie chcę mówić, że się boję, to nie jest właściwe słowo. Staram się dbać o siebie i edukować zawodników, żebyśmy byli bezpieczni. Nie mamy wpływu na zespoły, z którymi gramy. Na pewno niebezpieczne jest to, że można nie mieć symptomów i zarażać. Sytuacja jest nowa, ale musimy z tym żyć. Na świecie jest wiele innych niebezpiecznych rzeczy i nie myślimy o tym ciągle. Przykładowo codziennie jeżdżę samochodem, ktoś może we mnie uderzyć i zginę, ale nie myślę o tym cały czas. Trzeba dbać o siebie, ale nie należy się bać.

Rozmawiał Jakub Wojczyński – więcej w Przeglądzie Sportowym

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Energa Basket Liga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-10-17

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved