Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Marcin Gortat: Nie będę prezesem PZKosz

Marcin Gortat: Nie będę prezesem PZKosz

fot. youtube

– Nie będę narzekał, że sport zabrał mi zdrowie. O dwunastu latach w NBA myślę z sentymentem – mówi nasza koszykarska sława, Marcin Gortat. – Nie będę prezesem Polskiego Związku Koszykówki, nie chcę tego. Uważam, że w PZKosz powinno się bardzo dużo zmieć, zwłaszcza na stanowisku prezesa, bo jest to osoba kompletnie niekompetentna – twierdzi były reprezentant Polski i gracz NBA.

Polska Liga Esportowa to najnowszy projekt, w który pan się zaangażował.



Marcin Gortat:Tak, bo widzę, jak esport rozwija się od wielu lat. To machina, której nie powstrzymamy. Mimo że jest wielu sportowców – sam do nich należałem – którzy nalegają, by dzieci nie siedziały przy komputerze. Nadszedł czas, by zaadaptować się do nowych warunków. Zaakceptujmy to, że technologia będzie częścią naszego życia. Nie bójmy się tego. Jeśli nasze dzieci już mają dostęp do komputerów i smartfonów, to dajmy im szansę podejść do tego profesjonalnie. Będziemy edukować rodziców i młodzież. Gdy będą siedzieli przed komputerem, niech robią to jak należy. Występowanie w ligach na wzór sportowych jest tego częścią.

Spędził pan w Ameryce długie lata. To tam zaczął pan zauważać to zjawisko?

– Bardzo wielu sportowców, w tym koszykarzy, inwestuje w esport, jest zaangażowanych w ligi. Dla mnie również nadszedł taki etap w Polsce. Mam tu pięć szkół, 1300 uczniów. Wielokrotnie na spotkaniach z dyrekcją rozmawialiśmy o esporcie, że wypadałoby się tym zająć, bo to przyszłość. To przecież coś, co może osiągnąć większe rozmiary niż regularny sport.

Minęło kilka miesięcy od momentu, w którym ogłosił pan zakończenie kariery. Patrząc z tej perspektywy, czy 12 lat w NBA zostawia spustoszenie w organizmie? Jak się pan czuje na co dzień?

– Rozmawiamy kilka dni po tym, jak naciągnąłem plecy i miałem problem z kręgosłupem. Zawodowy sport wcale nie jest taki fantastyczny. Mówi się, że sport to zdrowie. Rekreacyjny tak, ale zawodowy nie. Powiedzmy, że jestem pośrodku stawki, ale są sportowcy, których sport bardzo zniszczył. Do tego stopnia, że muszą wykonywać ćwiczenia korekcyjne na wszystkie stawy, żeby rano normalnie funkcjonować. Nie mówiąc o sztucznych kolanach czy biodrach… Ja na szczęście do takiego etapu nie doszedłem, głównie dzięki etyce pracy, genom i mojemu zacięciu. Niestety powracają naciągnięcia w plecach. Z takimi sprawami trzeba się pogodzić i nie będę narzekał, że sport zabrał mi zdrowie. Gdybym miał to powtórzyć, zrobiłbym to samo. Wiem, jakie korzyści płyną z tego, że grałem dwanaście lat w NBA, a szesnaście w koszykówkę. Patrzę na te lata z ogromnym sentymentem. Nie mam sobie dużo do zarzucenia. Z tej szansy wyciągnąłem bardzo dużo.

Decyzja o zakończeniu kariery nie nastąpiła za wcześnie?

– Zdaję sobie sprawę, że kibice chcieliby mnie oglądać i to cieszy. Niestety, mam 36 lat i tego nie przeskoczę. Dostałem szansę gry nie tylko w polskiej lidze, ale i w NBA, jednak w nieco innej roli. Będąc przez dobre siedem, osiem lat starterem, nagle mogłem zejść do pozycji trzeciego centra w zespole i uczyć 18-latków, jak zachowywać się w NBA, jak się prowadzić. Jednak w wieku 36 lat pojawiło się wiele możliwości w moim życiu prywatnym i zawodowym, które chciałbym realizować. Gdybym został w NBA, to maksymalnie na rok, może dwa, jeśli zdrowie by na to pozwoliło. I to by było na tyle. Cieszę się, że nie wsiadłem na tę karuzelę.

 

Czy ma pan ambicje, by zaangażować się w Polski Związek Koszykówki i stać się kimś na miarę Zbigniewa Bońka w PZPN?

– Nie mam takich ambicji. Nie będę prezesem Polskiego Związku Koszykówki, nie chcę tego. Wielu działaczom, którzy twierdzą, że mam wielkie ego, by tym zarządzać, odpowiadam: nie, to nie jest mój plan, wystarczy, że zajmuję się już innymi rzeczami. Uważam, że w PZKosz powinno się bardzo dużo zmieć, zwłaszcza na stanowisku prezesa, bo jest to osoba kompletnie niekompetentna (Radosław Piesiewicz – przyp. red.). Opowieści o tym, że w polskiej koszykówce dzieje się świetnie od wielu lat to kompletne bzdury. Wynik, który osiągnęliśmy na mistrzostwach świata, ósme miejsce, jest bardzo fajny, ale w kraju nic to nie zmieniło w tej dyscyplinie. Jeśli ktoś uważa inaczej, to zapraszam na rozmowę, pokażę, jak naprawdę wygląda sytuacja. Jedna rzecz to słuchać, co ma do powiedzenia związek, a druga – słuchać zawodników i ludzi związanych z koszykówką. Wracając do pytania – nigdy nie będę prezesem. Do tego trzeba bardzo dużo czasu, chęci, wielu zaangażowanych ludzi. Potrzebny jest też potężny strategiczny sponsor. Nie taki, który wyłoży kilkaset tysięcy złotych, a kilkanaście milionów. Z całym szacunkiem dla pana Bońka, bo bardzo go szanuję, ale gdybyśmy my mieli budżet 200-milionowy w związku, to też byśmy byli fajni i udani.

Mamy w Polsce koszykarzy z potencjałem na NBA?

– Za wcześnie, by o tym mówić, zresztą nie chciałbym rzucać nazwiskami, bo każdemu może sodówka uderzyć do głowy. Zwłaszcza jeśli mówimy o 14- czy 15-letnich chłopakach. Zrobiłbym komuś w ten sposób krzywdę. Są nazwiska, które mogą się otrzeć o NBA. Głęboko wierzę, że Przemek Karnowski mógłby grać w tej lidze, tylko musi wrócić do pełnej sprawności, do gry na najwyższym poziomie. Również Adrian Bogucki ma bardzo dobre warunki, mógłby się dostać. Jest paru chłopaków, ale muszą najpierw zdominować rodzimą ligę.

Cały wywiad Marcina Stusa w Przeglądzie Sportowym

 

 

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, inne

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-09-08

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Koszykówki All rights reserved