Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Malcolm Rhett: Moja ręka goi się niesamowicie szybko

Malcolm Rhett: Moja ręka goi się niesamowicie szybko

fot. fiba.basketball

Zanosiło się na długotrwałą przerwę, ale Malcolm Rhett miał po poparzeniu dużo szczęścia i już wkrótce wróci do gry. – To bardzo dziwna sytuacja, bo ręce goją się niesamowicie szybko – mówi koszykarz GTK Gliwice. W ciągu kilku dni zawodnik wróci do treningów, a zagrać w meczu będzie mógł być może już za 2-3 tygodnie. Początkowo zapowiadało się na to, że przerwa może potrwać kilka miesięcy.

Jak pan się czuje obecnie? Jak wygląda pana sytuacja zdrowotna?



Malcolm Rhett:Czuję się dobrze. Moja ręka goi się niesamowicie szybko, dużo szybciej niż normalnie w takich sytuacjach. Jestem w domu, powoli mogę zaczynać ćwiczyć i być może w niedzielę będę mógł już trenować indywidualnie na hali, żeby wrócić do formy.

Ma pan przygotowany jakiś konkretny plan działania? Kiedy można się pana spodziewać na boisku?

– Chciałbym, żeby to było już za 2-3 tygodnie, ale ciężko przewidzieć.

Nawet jeśli to miałoby być trochę dłużej, to i tak brzmi optymistycznie. Pierwsze informacje mówiły raczej o kilku miesiącach albo i gorszej sytuacji.

– Tak było. Ta sytuacja była bardzo niebezpieczna, a tempo regeneracji jest naprawdę dziwne. Mogę dziękować Bogu, że tak to wygląda. Wszyscy się za mnie modlili, dostałem błogosławieństwo. Jestem podekscytowany, że wkrótce będę mógł wrócić do pracy i pomóc kolegom. Przed moim wypadkiem szliśmy w dobrą stronę, mi też grało się dobrze i wszystko zostało przerwane.

Miał pan już piłką w rękach? Czuje pan dyskomfort?

– Nie, kompletnie nie. Wszystko jest dobrze. Na dodatek dobra wiadomość jest taka, że ja rzucam lewą, a w gorszym stanie była prawa.

Może pan opowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło wtedy trzy tygodnie temu? Wiemy, że doszło do pożaru w kuchni, ale jak to się stało?

– Szczerze mówiąc nadal nie wiemy, jaka była przyczyna. Nie mamy raportu od straży pożarnej, mój agent czeka. Ja mogę powiedzieć, co się wydarzyło z mojej perspektywy. Razem z kolegą z zespołu Terrym Hendersonem grałem na konsoli, skończyliśmy po 3 w nocy, Terry poszedł do siebie, a ja stwierdziłem, że jeszcze zjem przed spaniem. Zrobiłem frytki i kurczaka, zjadłem, częściowo posprzątałem, uznałem, że dokończę rano. Poszedłem się położyć, ale poczułem dym i dziwny dźwięk. Wróciłem do kuchni, zobaczyłem ogień. Zacząłem szukać gaśnicy, ale nie było jej w mieszkaniu. Nie było też alarmu przeciwpożarowego. Przestraszyłem się i wyszedłem na klatkę schodową, by obudzić sąsiadów. Pukałem do mieszkań, ale nikt nie otworzył.

Ktoś w środku nocy krzyczał coś po angielsku. Nie dziwię się, że nawet jeśli ktoś się obudził, to nie otworzył.

– Rozumiem to. Wróciłem w końcu do siebie, ogień był coraz większy. Bałem się, że spali się nie tylko kuchnia i nie tylko moje mieszkanie. Nie chciałem, żeby komuś stała się krzywda. Nie panikowałem, ale przemyślałem, co mogę zrobić w tej sytuacji. Owinąłem ręce ręcznikami, złapałem palące się naczynia i wyrzuciłem szybko przez okno. To była dosłownie sekunda, a wystarczyła do poważnych poparzeń. Strach pomyśleć, co by było, gdybym trzymał to w ręce dłużej. Cieszę się, że w ogóle skończyło się tylko na takim poparzeniu.

Straż pożarna jednak przyjechała – pan ich wezwał?

– Nie. Może ktoś zobaczył ogień przez okno albo zrobił to ktoś z sąsiadów. Ja nie wiedziałem nawet, na jaki numer powinienem zadzwonić. Wiem, że w USA to 911, ale tutaj?

112, warto zapamiętać. Spędził pan tydzień w szpitalu. To też musiało być trudne przeżycie.

– Zawieźli mnie najpierw do jednego, potem po kilku godzinach do drugiego (Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach – przyp. red.). Lekarz powiedział mi, że konieczna będzie operacja i że jeśli się zgodzę, to regeneracja będzie szybsza. Bałem się tego zabiegu, ale ostatecznie podpisałem zgodę. Tydzień w szpitalu był faktycznie trudny. Przez koronawirusa nikt nie mógł mnie odwiedzić. Nie bardzo smakowało mi jedzenie, które podawali. Ale udało mi się przez to przejść. Na szczęście w zasadzie już prosto po operacji mogłem używać rąk, choć cały czas musiałem nosić opatrunki.

Były takie momenty, w których chciał pan po prostu poprosić o wypis i lecieć do domu?

– Oczywiście, że tak. Ale wiedziałem, że biorąc pod uwagę pandemię koronawirusa i stan moich rąk, to i tak pewnie nie pozwoliliby mi w takim stanie lecieć samolotem.

Rozmawiał Jakub Wojczyński – więcej w Przeglądzie Sportowym

 

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Energa Basket Liga

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-08-29

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Koszykówki All rights reserved