Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Maciej Majcherek: Nieraz zaciskałem zęby z bólu

Maciej Majcherek: Nieraz zaciskałem zęby z bólu

fot. kingwilki.pl

– Już od dwóch lat o tym myślałem. Jednak zawsze gdzieś te rozmowy na temat grania ciągle się pojawiały. Były pytania, a może jeszcze dasz radę ten jeden rok i nam pomożesz? Szczerze muszę przyznać, że już się z tym wszystkim trochę męczyłem. Atmosfera może być nieziemska, ale człowiekowi już trudno jest się utrzymać na dobrym poziomie w tym wieku – mówi Maciej Majcherek, który po zakończeniu kariery koszykarskiej będzie asystentem trenera Kinga Szczecin.

Za tobą 20 lat zawodniczej kariery. Jesteś w stanie opisać ją jednym słowem?



Maciej Majcherek: Przygoda.

Siedzimy w pokoju trenerskim zespołu, który gra w Energa Basket Lidze. Za sterem tej drużyny Łukasz Biela, a ty jego asystentem. Wyobrażałeś sobie taki scenariusz jeszcze 10 lat temu?

– Przede wszystkim muszę się przyznać, że nawet nie dopuszczałem takich myśli do siebie, że kiedyś będę trenerem. A tego, że razem z Łukaszem poprowadzimy zespół w ekstraklasie, w życiu bym nie przypuszczał. 10 lat temu w Szczecinie nie było żadnych perspektyw na ekstraklasę. Nie, nie zakładałem ani przez chwilę, że zostanę trenerem.

Jednak dwa minione sezony pełniłeś taką nieformalną funkcję asystenta.

– To prawda, ale to Łukasz robił całą robotę asystenta i pierwszego trenera. Był za to odpowiedzialny. Ja mu tylko pomagałem podczas meczu, czasem też w treningu. Powiem szczerze, że jakoś mnie to wszystko wciągnęło i pomyślałem, że może warto spróbować. To będzie pierwszy sezon w takiej roli, a później zobaczymy co dalej.

Gdybyś miał wskazać najtrudniejszy moment swojej koszykarskiej kariery, to byłyby to te dwie poważne kontuzje kolan?

– Na pewno. Szczególnie ta pierwsza kontuzja, jeszcze w AZS-ie Radex, kiedy nie wiedziałem co mnie czeka i jak wygląda cały proces dochodzenia do formy. Nie ma co ukrywać, że z bólu nieraz zaciskałem zęby. To był sezon 2010/11 i bez wątpienia był to najgorszy moment kariery. Drugie kolano, to też nie był wesoły moment, byliśmy już w ekstraklasie, otwierały się nowe możliwości, a cała ta sytuacja znowu wyłączyła mnie z gry na długi czas. Takie chwile powodują, że masz w sobie skrajne emocje, od złości po pokorę, od zrezygnowania po niebywałą siłę i mobilizację. Wiesz, że masz coś do udowodnienia przede wszystkim sobie i masz poczucie, wręcz przekonanie, że to jeszcze nie ten moment, żeby zawiesić buty na kołku.

A te najlepsze momenty to…

– Na pewno awans z AZS-em do 1. Ligi. Ale myślę, że ten pierwszy sezon z trenerem Mindaugasem Budzinauskasem, kiedy w naszym składzie byli Kowal, Martynas i Jogi, był niesamowity. Drużyna tworzyła jedność, znaliśmy swoje cele i wiedzieliśmy o co chcemy walczyć, a jednocześnie klimat, który panował w zespole był wyjątkowy. Dla mnie był to najlepszy czas. Niezapomniany wyjazd na Litwę i atmosferę zapamiętam na zawsze.

Nie jesteś pierwszą osobą, która tak wspomina ten pierwszy szczeciński zespół zbudowany przez trenera Budzinauskasa.

– Ten zespół miał przede wszystkim wyjątkową chemię. Trener Budzinauskas doskonale nas podobierał. Zaskakujące jest to, że wielu z nas pracowało z nim wtedy po raz pierwszy, ale mimo tego dobrał nas idealnie. Pamiętam ten przełomowy moment – wygrana na wyjeździe ze Startem Lublin. To była chwila, w której wszystko zaczęło funkcjonować jak w jednej wielkiej rodzinie. Minęło już tyle lat, a wszyscy mamy ze sobą stały kontakt, mimo iż gramy w innych zespołach, rozrzuceni po świecie. Z Litwinami, Martynasem, Jogim i Kostasem widujemy się bardzo rzadko, ale cały czas mam z nimi bardzo dobry kontakt. To pokazuje, jak tamten zespół wyglądał.

Czy twoim zdaniem średnia w postaci 11 punktów na mecz w 1. Lidze, to dobra średnia, czy nie?

– To średni wynik. Mógłby na pewno być lepszy.

Wiesz dlaczego pytam?

– Nie.

Bo to twoja średnia z debiutanckiego sezonu w 1. Lidze. Zmieniasz teraz zdanie?

– Podtrzymuję, że to średni wynik. Chociaż wydaje mi się, że wtedy ta pierwsza liga była trochę ciekawsza. Znajdowało się w niej więcej zawodników na wyższym poziomie. Teraz jest większy podział na lepsze i gorsze zespoły. Na pewno ta średnia, to nie jest zły wynik. Pamiętam, jak zaczynaliśmy 1. Ligę z Łukaszem Pacochą, to przez pierwsze kolejki zdobywaliśmy po dwadzieścia parę punktów na mecz. On był pierwszym, a ja drugim strzelcem ligi. Nieźle to wtedy wyglądało.

Dlaczego jako zawodnik, nigdy nie wyjechałeś ze Szczecina?

– Były na to szanse. Miałem oferty z paru klubów. Mało osób o tym wie, że jak skończyłem studia, to cały czas pracowałem. Jak graliśmy w 2. Lidze, to od 7:00 do 15:00 byłem w pracy, a później szedłem na trening. W 1. Lidze było tak samo. Mogłem trenować i pracować. Dopiero w ekstraklasie musiałem zrezygnować z połowy etatu, a chwilę później założyłem swoją firmę. Nie ukrywam, że zawsze chciałem mieć alternatywę i świat poza sportem. Doskonale wiedziałem, że gra w koszykówkę kiedyś się skończy i nie mogę dopiero wtedy zacząć myśleć co dalej. Nie widziałem sensu wyjeżdżania ze Szczecina. Miałem tu wszystko. Tu zawsze mnie szanowano, miałem swoje minuty i dużo grania. Wierzyłem w to, że ze Szczecinem uda nam się awansować do wyższej ligi. Wypłaty zawsze otrzymywałem na czas. Miałbym się tułać po całej Polsce i prosić o wypłatę? Tutaj wszystko było stabilne. To mnie zawsze w Szczecinie trzymało.

410 meczów dla Szczecina, to robi wrażenie. Zdobyłeś dla naszych zespołów 4737 punktów, co myślisz o tych liczbach?

– Na pewno mogłoby tych meczów być więcej, gdyby nie kontuzje. Mimo wszystko, jest to bardzo fajny wynik.

Pandemia koronawirusa pokrzyżowała trochę plany i nie będzie twojego meczu jubileuszowego, pożegnalnego…

– … jeśli mam być szczery, to nie potrzebuję takich rzeczy.

Czy decyzja o zakończeniu kariery była trudna?

– Już od dwóch lat o tym myślałem. Jednak zawsze gdzieś te rozmowy na temat grania ciągle się pojawiały. Były pytania, a może jeszcze dasz radę ten jeden rok i nam pomożesz? Szczerze muszę przyznać, że już się z tym wszystkim trochę męczyłem. Atmosfera może być nieziemska, ale człowiekowi już trudno jest się utrzymać na dobrym poziomie w tym wieku. Na pozycji, na której grałem, nie można już było rywalizować z najlepszymi zawodnikami w Energa Basket Lidze. Poza tym, kiedy do zespołu dołączają chłopaki, którzy mogliby być twoimi synami, to wiesz, że już czas zrobić miejsce w szatni.

Gdy King Szczecin rozpoczynał przygotowania do sezonu 2020/2021 nie miałeś problemu z trafieniem do pokoju trenerów zamiast do szatni zespołu?

– (śmiech) Wiedziałem, że muszę przyjść akurat tutaj, więc nie było problemu. Jednak była jakaś obawa i stres, bo to coś nowego. Poza tym z drugiej strony, na parkiecie wciąż biegają moi koledzy.

To nie będzie dla ciebie problem, aby przestawić relację np. z Pawłem Kikowskim, Jakubem Schenkiem? Mam na myśli relacje zawodnik – zawodnik, zawodnik – trener.

– Na pewno jest to ciekawa sytuacja. Znamy się wiele lat. Z Kikiem spędziliśmy sześć lat w jednym pokoju na wyjazdach. Zdarzało się, że spaliśmy razem w małżeńskim łożu czy przypadkowo zabieraliśmy takie same piżamy (śmiech). Na samym początku miałem lekkie problemy ze złapaniem dystansu. Nadal są te wesołe spojrzenia i uśmiechy. Jednak widać już, że zawodnicy będą mnie traktować normalnie, jak trenera. Gdy zwracam im na coś uwagę, to wykonują polecenia. Stosują się do wskazówek. Liczę się z tym, że dostanę jak każdy trener jakąś ksywkę, ale zdecydowanie jestem na to gotowy.

Twój tata grał w koszykówkę, ty i twój brat również. Teraz rośnie kolejne pokolenie koszykarzy Majcherków. Gdy przyglądam się z boku, jak ty oglądasz mecze swojego syna Antka, to można zauważyć, że zawsze jesteś dla niego surowy.

– Antek ma talent, wyróżnia się na tle swoich rówieśników, ale przed nim jeszcze bardzo dużo pracy. Wydaje mi się, że raczej nie jestem surowy, ale nie ukrywam, że faktycznie częściej wytykam mu błędy, niż go chwalę. Chcę żeby nabrał pokory i nie obrósł w piórka. Jednak kiedy trzeba, potrafię też poklepać go po ramieniu i pochwalić. Cieszy mnie, że ma pasję, ale ważne jest dla mnie pokazanie mu, że musi rozwijać się w różnych kierunkach, bo wiele razy w życiu stanie na skrzyżowaniu i będzie musiał sam wybrać swoją drogę. To samo tyczy się młodszego Tymka, który twierdzi, że jest Scottiem Pippenem i już nieźle radzi sobie z piłką.

W Szczecinie było już wielu trenerów. Z którym najlepiej ci się pracowało? Pomińmy trenera Bielę z uwagi na to, że teraz stworzycie wspólny sztab trenerski.

– Bez wątpienia od każdego coś wyciągnąłem. Jednego tylko żałuję, że nie dane mi było popracować u trenera Mihailo Uvalina. To na pewno były trudne treningi, ale chciałem tego spróbować.

Rozmawiał Przemysław Sierakowski – kingwilki.pl

źródło: kingwilki.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Energa Basket Liga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-08-26

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Koszykówki All rights reserved