Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Łukasz Diduszko: Ciągle sprawia mi to ogromna frajdę

Łukasz Diduszko: Ciągle sprawia mi to ogromna frajdę

fot. fiba.basketball

– Każda odmiana ma coś w sobie, lubię grać to i to. Ciągle sprawia mi to ogromna frajdę, nie patrzę na pesel. Będę to robił tak długo jak będzie mi to sprawiać przyjemność. I oczywiście jak mi zdrowie pozwoli – mówi koszykarz pierwszoligowego GKS-u Tychy, który właśnie został wraz z reprezentacją Polski brązowym medalistą mistrzostw Europy w koszykówce 3×3.

W jaki sposób pan, uprawiający tradycyjną koszykówkę 5×5 trafił do wersji 3×3? To przypadek?



Łukasz Diduszko: Większość z nas, kadrowiczów miała w przeszłości styczność z tzw. streeballem. Grało się na asfalcie czy betonie, niektóre starcia z przeciwnikiem nie kończyły się fajnie, boleśnie. Ale ludzie, którzy zetknęli się w tą odmianą koszykówki chciała grać dalej, chciała się mierzyć w ten sposób na treningach, także kadry. Proszę mi wierzyć: na treningach kadry aż iskry lecą, bo każdy walczy o miejsce w składzie. Nie ma znaczenia przeszłość i dokonania. Każdy walczy. Mnie wciągnął przyjaciel Szymon Rduch i będę mu za to wdzięczny do końca życia. Zaproponował mnie trenerowi kadry, zwrócił uwagę na moje atuty przydatne w grze 3×3 czyli dobry rzut z dystansu, dobra zbiórka i obrona. Nigdy nie byłem wysoki, nigdy nie byłem skoczny, ale w koszykówce 3×3 to w ogóle jest nieistotne. No i jeszcze inne cechy: charakter, energia i szybkość decyzji. Czasem mamy pół sekundy na jej podjęcie, kiedy jest aż sekunda to jest już super: rzut, podanie albo minięcie… Czasem nie ma czasu podczas meczu z kolegami porozmawiać, wymienić uwagi. Czasem zdążymy powiedzieć jaka zagrywka i to wszystko.  Kiedy przyjechałem na treningi, byłem chyba jedynym zawodnikiem, który grał w ekstraklasie i koledzy chcieli mi na treningach udowodnić, że to zupełnie inna koszykówka. Przeorali mną parkiet (śmiech). „Nie myśl kolego, że tu przyjdziesz i będziesz rozdawał karty” (śmiech)

Mówiło się, że to niespodzianka że wskoczył pan do składu na mistrzostwa w miejsce Hicksa. To rzeczywiście niespodzianka?

– Wszyscy razem przygotowywaliśmy się do igrzysk, zawsze byłem przy drużynie. Była walka o miejsce, takie były decyzje. Jadąc teraz na zgrupowanie przez mistrzostwami miałem świadomość, że mogą być zmiany w składzie, każdy zawodnik, który przyjeżdżał na zgrupowanie je miał, ma szansę zagrać w reprezentacji Polski. Mnie akurat się udało w turnieju, który tak szczęśliwie się zakończył. Spełnienie marzeń. Michaela Hicksa nie było, inaczej więc graliśmy. Było mniej dwójek, albo był punkt po punkcie, kroczek po kroczku. To się opłaciło, to się zwróciło.

Który moment z tych mistrzostw – oczywiście oprócz ostatnich sekund z Rosją – zapamięta pan najbardziej?

– Tak naprawdę dopiero teraz do mnie powoli dochodzi jaki osiągnęliśmy sukces. Poczułem się jak w jakiejś bajce kiedy pokonaliśmy Holendrów, którzy są przecież zawodową ekipą. Jeżdżą na turnieje i dostają comiesięczne wynagrodzenia… Wtedy poczułem, że marzenia się spełniają. W koszykówce 5×5 nigdy nie otrzymałbym szansy wystąpienia na mistrzostwach Europy. Nigdy. Jako koszykarz 5×5 jeździłem po całej Polsce. Jako koszykarz 3×3 jeżdżę po całym świecie.  Teraz mam mnóstwo wspomnień, przyjaciół, poznaję różne kultury, zabytki. To jest świetne.  

Powinno się zacząć szkolić od dziecka w wersji 3×3?

– Jak najbardziej. Uważam, że to dwie inne dyscypliny. W obu mogą się sprawdzać zawodnicy, którzy mają zupełnie odmienne predyspozycje. W 3×3 łatwiej sprawdzą się ci, którzy nie są wysocy i skoczni ale mają serce i charakter. Potrafią poświęcić się dla dobra drużyny żeby osiągnąć coś razem. To jest gra zespołowa. Przykład Przemka Zamojskiego: wziął na siebie ostatni rzut, jest naszym liderem. Ale my całym zespołem pracowaliśmy na jego rzuty, na jego punkty.

Specyfika tej dyscypliny powoduje, że musicie być w czwórkę bardzo zgranym teamem, wydaje mi się, że musicie sobie ufać i się cenić nawzajem. Zwyczajnie się lubić.

– To jest właśnie ten klucz. To prawda, musimy sobie ufać. Proszę pamiętać o specyfice tej dyscypliny: trener na zawodach jest, ale siedzi na miejscach dla publiczności. Mecz rozgrywa się w zespole, to zawodnicy decydują jak mają grać i co będzie się działo w danej chwili. Jest większa swoboda, wolność, radość, większy fun… Zawodnicy Słowenii mogliby wydawać się niegroźnym zespołem, seniorami z brzuszkami. A oni są groźni, bo świetnie się rozumieją, ufają sobie.   

Ten brązowy medal traktuje pan jak sukces a może jednak niedosyt?

– Po fazie grupowej powiedzieliśmy sobie, że każdy następny mecz będzie spotkaniem o życie. Założenie było takie żeby rozegrać pięć meczów i wszystkie wygrać. Niestety nie udało się. Natomiast ten brąz traktuję jako duży sukces. Mierzyliśmy się tam z zawodowymi grupami grającymi 3×3 a nie mieliśmy tak dużo czasu na przygotowania. Nikt tego medalu nie zakładał, nikt nas nie stawiał w roli faworytów. Myślę, że ten brąz wyrwany w ostatniej chwili Rosjanom smakuje bardziej niż smakowałoby przegrane złoto. Przegranego półfinału z Litwą nie ma co już rozpatrywać, mamy brąz. Gdyby ktoś dawał nam medale przed turniejem bralibyśmy w ciemno (uśmiech). Po spotkaniu z Litwinami mieliśmy tylko godzinę do meczu z Rosją. Nie było czasu na przeżywanie. Powiedzieliśmy sobie: „dobra, zamykamy temat”. O końcowym sukcesie zdecydowały charakter i serce. No i obrona (uśmiech).

Ten turniej trwał szybko, to była krótka, intensywna impreza.

– Racja (śmiech). Sprawy związane z Covidem nie pozwalały nam wyjść nigdzie poza hotel. Musieliśmy przestrzegać protokołu. W efekcie było tak: hotel – trening – hotel – mecz. Ale cała organizacja  imprezy budzi mój podziw, Francuzi włożyli w to ogrom pracy.  

Którą pan woli odmianę?

– Każda odmiana ma coś w sobie, lubię grać to i to. Ciągle sprawia mi to ogromna frajdę, nie patrzę na pesel. Będę to robił tak długo jak będzie mi to sprawiać przyjemność. I oczywiście jak mi zdrowie pozwoli.  

Czy można porównać intensywność meczu ligowego w koszykówce 5×5 z grą 3×3?

– Rozmawiałem o tym właśnie z trenerem. To jest inna gra. Tam sędziowie bardziej pozwalają na fizyczną walkę. Czasami wielu rzeczy w telewizji nie widać. Gra jest brudna i jest większa tolerancja sędziów dla takiego sposobu gry. To jak w pojedynku bokserskim: dużo zbliżeń, dużo klinczu, dużo uderzeń. Trzeba wskoczyć na wysokie tempo, na szczęście te zmiany są w 3×3 częstsze, to pozwala złapać oddech i utrzymać meczowy rytm.  Uważam, że byłem dobrze fizycznie przygotowany do tego turnieju a mimo to od fazy pucharowej odczuwałem już jego trudy, czułem tę intensywność. Poziom trudności był wysoki – zwłaszcza, że mistrzostwa Europy są trudniejsze niż mistrzostwa świata. Tu jest naprawdę sama elita. Najlepsze teamy, najlepsi zawodnicy – bardzo trudno na takiej imprezie zdobyć medal. A nam się udało.   

Co trzeba zrobić żeby powtórzyć sukces choćby w Paryżu, na igrzyskach za trzy lata?

– Och… (uśmiech). Znacznie więcej grać na turniejach worldtourowych. Trzeba grać ciągle tym samym składem, nabywać w ten sposób doświadczenia. W niektórych reprezentacjach nie ma zawodników imponujących indywidualnie. Ale oni grają cały czas ze sobą i to potem daje efekty.  Nawet ze sobą nie muszą rozmawiać, jeden ruch wymusza inny ruch. Gra w ich wykonaniu wydaje się bardzo prosta. Ale to godziny, dni, miesiące wspólnego grania. 

Poświęca pan koszykówce dużo czasu i energii.

– Dlatego trzeba wyrazić słowa uznania dla naszych żon i partnerek, że to wytrzymują. Medal dedykuję mojej żonie Basi, która ma urodziny. „Przywieź mi z Paryża jakiś magnes – prosiła. „Nie, ja ci przywiozę medal” – obiecałem. Teraz cieszę się, że tę obietnicę udało się spełnić. 

źródło: interia.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, koszykówka 3x3, reprezentacja mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2021-09-15

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved