Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Kwalifikacje do EuroBasketu to sztuka dla sztuki?

Kwalifikacje do EuroBasketu to sztuka dla sztuki?

Nie dość, że eliminacje koszykarskich mistrzostw Europy już na wstępie wyglądały dość nietypowo, to koronawirus dodatkowo je udziwnił.

Gdy dziesięciu zawodników wybiega na parkiet i walczą o jakąś stawkę, to niezależnie od ich nazwisk i poziomu może być ciekawie. Szczególnie, gdy grają reprezentacje, bo to dodaje element patriotyzmu. Niespodzianki ekscytują, więc wygrane Danii z Litwą czy Szwajcarii z Serbią zwracały uwagę wielu kibiców. Nie da się jednak pozbyć wrażenia, że trwające eliminacje EuroBasketu są prowadzone niezbyt poważnie i dobrze pasuje tutaj określenie „przerost formy nad treścią”. FIBA stara się dobrze opakować i sprzedać produkt, który ma po prostu średnią jakość. I to właśnie przez decyzje federacji.



Kilka lat temu działacze FIBA wprowadzili reformę kalendarza reprezentacyjnego i spodziewaliśmy się, że nowa rzeczywistość może być daleka od ideału. Okna w trakcie sezonu klubowego sprawiały, że zabraknie w nich graczy z NBA, co wszyscy byli w stanie przełknąć, choć z małym niesmakiem. Część meczów rozgrywano jednak latem, co już powodowało nierówność, bo czasem zawodnicy z najlepszej ligi świata mogli się pojawić, a czasem nie. Równolegle FIBA poszła na wojnę z Euroligą próbując przejąć te najważniejsze klubowe rozgrywki na kontynencie i okazało się, że przegrała. Nie dość, że nadal ich nie organizuje, to władze Euroligi nie patrzą na okna reprezentacyjne i zawodnicy najlepszych klubów w Europie w kadrze zazwyczaj nie mogą grać. Zdarzają się jednak wyjątki (kolejna nierówność), jeśli komuś akurat mecz wypadnie w terminie niekolidującym bezpośrednio (czytaj: nie w tym samym dniu), a euroligowy pracodawca jest wyjątkowo przychylny – przypadek Mateusza Ponitki z Zenitu Petersburg.

Polacy oczywiście mocno narzekać nie powinni, bo na tych nierównościach częściej korzystali niż tracili. Poprzeklinać pod nosem mogą np. Chorwaci, Słoweńcy czy Łotysze, bo ich ominęły ostatnie mistrzostwa świata. Na czempionat globu jednak wszystkie dobre europejskie drużyny nie mogły się dostać (miejsc było 12), a potentaci jak Litwa, Hiszpania, Serbia, Francja poradzili sobie bez kłopotów składami B lub C. Inaczej jest z mistrzostwami Europy, w których biorą udział 24 zespoły. Przed najbliższym turniejem miejsc do wzięcia jest 20, bo 4 zajęli gospodarze. Co z tym zrobiła FIBA? Bez żadnych zastrzeżeń uwzględniła ten kwartet wśród uczestników eliminacji powodując kuriozalną sytuację.

W 4 z 8 grup gra jeden zespół pewny udziału w ME, ale jego rezultaty nie są pomijane. Z pozostałych trzech drużyn w tych grupach awansują dwie, więc łatwo się domyślić, że gospodarz ME może rozdawać karty. Przykładowo Niemcy w lutym 2021 zagrają z Wielką Brytanią oraz Czarnogórą i najprawdopodobniej od wyników tych spotkań będzie zależał los obu rywali naszych zachodnich sąsiadów. Trener Niemców mógłby wysłać wiadomość do brytyjskiego i czarnogórskiego kolegi po fachu i zacytować kultowe w pewnych kręgach zdanie z jednego z teleturniejów: „Biorę po 500 złotych od każdej drużyny i słucham państwa”.

Podobne rozwiązanie z udziałem gospodarza zostało zastosowane przed MŚ w strefie azjatyckiej w przypadku Chińczyków. Teoretycznie po odjęciu ich wyników kolejność była taka sama, ale wysoka porażka drużyny z Państwa Środka z Jordanią w przedostatniej serii spotkań okazała się później gwoździem do trumny dla Libanu. Można tłumaczyć Azjatów tym, że Chiny były jedynym gospodarzem MŚ i bez udziału w taki sposób w eliminacjach miałyby przez prawie dwa lata problem z rozegraniem jakichkolwiek meczów. Teraz w Europie sytuacja jest nieco inna – czterech gospodarzy, a nie jeden, więc spokojnie można było stworzyć z czterech gospodarzy jedną grupę „towarzyską” i nie wypaczać rywalizacji.

W eliminacjach EuroBasketu także w grupach bez gospodarzy rywalizacja jest nie do końca sensowna, nie tylko z powodu wspomnianych kłopotów z graczami z NBA i Euroligi. Z czterech drużyn awansują trzy i w niektórych przypadkach właściwie na starcie było wiadomo, kto będzie tym za burtą (Rumunia, Austria). Normalna walka czterech zespołów toczy się w zasadzie tylko w dwóch grupach, a w jednej z nich wracamy do poprzedniego problemu – Turcja w niepełnym składzie bez zawodników z NBA i Euroligi znalazła się na krawędzi. Jedyne zwycięstwo wyrwała przeciwko Holandii w meczu, w którym była jednocześnie… gościem i gospodarzem (tak samo było w przypadku spotkania z Chorwacją). Gościem według terminarza, a gospodarzem, bo mecz rozegrano w Stambule, gdzie powstała jedna z ośmiu „baniek”. Co prawda wsparcia kibiców nie było, ale lokalizacja pozwoliła na sprowadzenie zawodników z euroligowych stambulskich drużyn Anadolu Efesu i Fenerbahce.

To dołączanie graczy z opóźnieniem odbywało się na nie do końca jasnych zasadach i niektórzy przedstawiciele innych drużyn mieli pretensje o to, że Polska mogła skorzystać z Ponitki przylatującego dopiero w piątek, a sami nie dostali pozwolenia na wzmocnienie. Bo przecież naciskano na to, by ze względów bezpieczeństwa wszyscy weszli do bańki w poniedziałek i unikali kontaktu z rywalami aż do meczu. Z Europy dochodzą też głosy, że standardy w różnych miastach trochę się różniły i nie chodzi tylko o to, że w niektórych miejscach bardziej pilnowano zakrywania twarzy maskami, a w innych nie. Różnie reagowano np. na wyniki testów.

Ponitka musiał przesiedzieć prawie dwie doby w pokoju z powodu nierozstrzygniętego, choć medycy twierdzą, że mając przeciwciała nie stanowił zagrożenia. Całe szczęście, że dotyczyło to występu przeciwko słabej Rumunii i nie pozbawiło drużyny ważnego zwycięstwa. Trafiło akurat na Polaka, lecz tak naprawdę to mógł być każdy zawodnik w każdej grupie. W innych z powodu dużej liczby przypadków zakażenia do domu odesłano drużyny Macedonii Północnej i Węgier, a w „polskiej” nikt z FIBA nawet nie zająknął się na temat dwóch chorych (koszykarz i osoba ze sztabu) w kadrze Rumunii. Resztę na pewien czas odizolowano w pokojach i wypuszczono niemal dopiero na mecz.

Koronawirus w pewnym sensie wymusił (choć nie wszystkie dyscypliny tak zreformowały kalendarz np. piłka nożna tego nie zrobiła) mecze na neutralnym terenie, więc zniknął jeden z argumentów przemawiających reprezentacyjną reformą FIBA sprzed kilku lat. A była nim możliwość częstszego organizowania meczów kadr narodowych w poszczególnych krajach, czego wcześniej trochę brakowało. Jest w tym pewien sens i okna reprezentacyjne mają swoje atuty, ale wydaje się, że pomysł został wypaczony przez konflikt z Euroligą i obecny system kontynentalnych eliminacji, w których przez sito przechodzą prawie wszyscy. A „wisienką na torcie” całego zamieszania są obecne bańki.

Momentami można odnieść wrażenie, że działaczom FIBA zależało głównie na tym, by odhaczyć, że kolejne mecze się odbyły, a sprawiedliwe zasady nie były najważniejsze. Bo przecież ostatecznie i tak najprawdopodobniej awansują ci, którzy mieli awansować… A może jednak chodzi o to, by potęgom świadomie utrudnić zadanie i dać szansę maluczkim? Jeśli tak, to należy zadać sobie pytanie: czy większy sens ma obecność na EuroBaskecie Litwy i Serbii czy (z całym szacunkiem) Danii i Szwajcarii? Oczywiście można odpowiedzieć: tego, kto okaże się lepszy w eliminacjach. Prawda. Tylko, że Dania i Szwajcaria nie grają w eliminacjach z Litwą i Serbią, lecz z Litwą B i Serbią B (albo i C). Nie z powodu decyzji tych mocniejszych, ale wymusza to zaproponowany przez światową federację system rywalizacji.

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Mistrzostwa Europy

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2020-12-04

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved