Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Juan Toscano-Anderson – meksykański wojownik w NBA

Juan Toscano-Anderson – meksykański wojownik w NBA

fot. nba.com

Urodził się w Oakland mając meksykańskie korzenie i od małego marzył o grze w miejscowych Golden State Warriors. Marzenie Juana Toscano-Andersona się spełniło, choć droga do lokalnej drużyny prowadziła przez ojczyznę jego przodków.

Meksykańska Liga Nacional de Baloncesto Profesional nie jest szczególnie znana i ceniona w Europie. Także w USA nie ma wielkiej renomy niezależnie od (na razie wstrzymanych) pomysłów stworzenia w Meksyku zespołu G-League, czyli zaplecza NBA. Dla Juana Toscano-Andersona LNBP stała się jednak miejscem, w którym udało mu się zakotwiczyć po studiach.



W 2015 roku jako absolwent uczelni Marquette nie usłyszał swojego nazwiska w trakcie draftu, co pewnie go nie zdziwiło, bo kariery akademickiej nie mógł nazwać wybitną. Nie miał ofert z Europy i zastanawiał się nawet, czy przygoda z koszykówką nagle się nie skończy, ale wtedy skontaktowała się z nim meksykańska federacja, która wystosowała zaproszenie do udziału w zgrupowaniu przed mistrzostwami Ameryk. Drużyna mająca w składzie m.in. znanych z NBA Gustavo Ayona oraz Jorge Gutierreza zajęła w roli gospodarza czwarte miejsce, a Toscano (w kadrze grał bez członu Anderson w nazwisku, za to wcześniej w szkole średniej bez Toscano jako Anderson) szybko wypromował się na tyle, by otrzymać propozycję pracy w Meksyku.

Zaczął od zespołu Soles Mexicali z miasta w meksykańskiej części Kalifornii (czyli niby stosunkowo niedaleko od Oakland – jakieś 950 km), a potem grał w Fuerza Regia Monterrey. Zdobył z nią pierwsze w historii mistrzostwo kraju, był MVP Meczu Gwiazd, wygrał też konkurs wsadów. Gdy w lutym ubiegłego roku korzystając z przerwy w NBA pojechał w odwiedziny do Monterrey, to był tam rozchwytywany. – Czuję się jak gwiazda rocka. W Meksyku jestem traktowany tak jak Stephen Curry i inni gracze Warriors w USA – przyznał koszykarz bez fałszywej skromności. Nic dziwnego, że jest tam tak traktowany, bo nie dość, że błyszczał w rodzimej lidze, to na dodatek udało mu się dostać do tej najlepszej, która niby jest tuż za granicą, a jednak bardzo odległa. Przed Toscano-Andersonem tylko czterech Meksykanów występowało w NBA – oprócz wspomnianych Ayona i Gutierreza także Eduarda Najera oraz krótko w latach 90-tych Horacio Llamas.

Toscano-Anderson do Warriors przebijał się nie tylko Meksyk, ale także przez… Warriors. Chodzi o drużynę z Santa Cruz, która jest filialnym dla niedawnych mistrzów NBA i gra w G-League. Trafił tam w 2018 roku i zaczynał jako rezerwowy. Przed kolejnym sezonem trenował z tym ważniejszym zespołem Warriors, ale tuż przed rozpoczęciem rozgrywek został odesłany znowu do Santa Cruaz, gdzie stał się tym razem jednym z podstawowych zawodników. Nieszczęście innych stało się jego szczęściem. Golden State Warriors (którzy zdążyli się już przenieść do San Francisco) zostali osłabieni licznymi kontuzjami i plątali się w ogonie Konferencji Zachodniej. W lutym 2020 w celu uzupełnienia składu z G-League wezwano Toscano-Andersona, któremu zaoferowano trzyletni kontrakt. Zagrał w 13 meczach przed przerwaniem ligi przez pandemię, a przed sezonem 2020/2021 na chwilę wyleciał ze składu. Warriors rozwiązali jego długoletnią umowę, po czym zatrudnili go na podwójnym (two-way) kontrakcie, który pozwala grę na zmianę w G-League i NBA.

Obecny sezon jest jednak nietypowy, bo G-League gra w „bańce”, a Warriors wcale nie zamierzają wysłać tam Toscano-Andersona. W tej sytuacji jego kontrakt oznacza przede wszystkim niższe zarobki i możliwość występu tylko w 50 z 72 meczów drużyny NBA. Zazwyczaj gracze z takimi umowami są wypełniaczami składu i nie jest to problem. Trener Steve Kerr podkreśla jednak, że w tym przypadku jest inaczej i 27-letni koszykarz stał się ważną częścią drużyny. W ostatnią środę w meczu z Boston Celtics po problemach zdrowotnych kolegów spędził na boisku aż 27 minut i zdobył 16 punktów trafiając wszystkie trzy próby z dystansu, choć to właśnie rzut był jednym z powodów tego, że na początku walka o angaż w Warriors okazała się nieudana. Teraz będziemy regularnie oglądać na parkiecie jego nietypowy numer 95. A wybrał go jako hołd dla… ulicy, na której mieszkała jego babcia. Przeprowadziła się do Oakland w 1965 roku i kupiła dom na 95th Avenue. Tamtejsza okolica jest zamieszkana głównie przez Afroamerykanów (ojciec Juana jest jednym z nich, ale utrzymują niewielki kontakt), ale rodzina Toscano dorastała w meksykańskim duchu rozmawiając po hiszpańsku i świętując Cinco de Mayo.

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, NBA

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2021-02-11

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved