Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Jan Jagla: Lubiłem sobie rzucić z większej odległości

Jan Jagla: Lubiłem sobie rzucić z większej odległości

fot. abendzeitung-muenchen.de

Nowitzki, Rubio, Fernandez, Micić, Woods – grono świetnych koszykarzy, z którymi grał Jan Jagla jest naprawdę imponujące. Niemiec występował w najlepszych ligach Starego Kontynentu. W 2010 roku w Asseco Prokom Gdynia był postacią centralną najlepszego występu polskiego klubu w Eurolidze. Dziś wspomina bogatą karierę. Dlaczego seryjnie pudłował po rzutach za „trzy” w NCAA? Z czym kojarzy mu się życie w Trójmieście?

Co porabia od niedawna już czterdziestolatek kilka lat po zakończeniu przygody z basketem?



Jan Jagla:Przede wszystkim spędza czas z rodziną. Mam córeczkę, która jest moim oczkiem w głowie. Nie zaprzestałem pracy. Poszedłem w kierunku marketingu cyfrowego. Dużo robię przy różnego rodzaju aplikacjach mobilnych. Nie mogę narzekać na brak zajęć.

Przejście do nowego rozdziału życia było łatwe?

– Teraz mogę powiedzieć, że tak, choć początki nie były takie łatwe. Trochę zajęła decyzja, w jakim kierunku chciałbym pójść. Byłem przygotowany na bliski koniec kariery. Paradoksalnie, szybko zacząłem cieszyć się, że już nie gram. Profesjonalna koszykówka to bardzo wyczerpujące zajęcie. Wiele podróżowania, adaptacji do nowych warunków i niekończąca się rozłąka z rodziną. Teraz jestem na miejscu, mam radość z tego, że spełniam się w innej branży.

Czy po latach uważasz decyzję o grze w Stanach, zamiast w ojczyźnie, za słuszną?

– Myślę, że był to dobry krok. Trzeba wziąć poprawkę, że każdy przypadek jest inny. Jestem w stanie zrozumieć tych, którzy żałują, że poszli podobną drogą. Wiele zależy od tego, na jakim etapie rozwoju koszykarskiego jest gracz w momencie przeprowadzki. Wielu później dojrzewa. Dla nich gra w USA zdaje się być dobrą opcją, bo dłużej rywalizują z zawodnikami w podobnym wieku. Z kolei inna grupa, tych szybko dojrzewających, może fizycznie i technicznie rywalizować z seniorami już nawet w wieku 16 lat. Kontakt z dorosłym basketem jest dla nich najlepszą lekcją.

Czy to prawda, że do ciebie należy rekord Penn State University nietrafionych „trójek” z rzędu?

– Nie jestem pewien czy to rekord, ale pamiętam, że sporo się tego nazbierało. Miałem zły początek drugiego sezonu. Nie wychodziły mi rzuty zza łuku. Bez sprawdzania mogę powiedzieć, że myliłem się grubo ponad dwadzieścia razy z rzędu.

Ta statystyka zaskakuje bardziej, gdy uwzględni się dane z mistrzostw świata w 2010 roku. Byłeś wówczas najlepszy w turnieju pod względem skuteczności rzutów za trzy punkty.

– Przede wszystkim gratuluję rozeznania. A odpowiadając na pytanie – zdaję sobie sprawę, że wygląda to dziwnie. Wydaje mi się, że od zawsze dobrze rzucałem. Może to kwestia psychiki? Późno urosłem, więc często ćwiczyłem „trójki”. Z czasem, gdy do wyuczonej techniki „dołączyły” centymetry poczułem, że mam dodatkową zaletę. A tamten rok w college’u był po prostu pechowy, mało co mi wychodziło. Pamiętam historię rzutu, który przerwał tę nieszczęsną serię. Graliśmy z Michigan State, w którym występowali moi koledzy. Powiedzieli później, że trener, słynny Tom Izzo mówił przed meczem: Jagla spudłował wszystkie „trójki”, ale to gość, który potrafi rzucać. Nie bądźcie pierwszymi, którzy pomogą mu trafić. Fajnie było przełamać fatum w takich okolicznościach. Cały czas mówimy o początku obecnego wieku. Wówczas był taki trend, że wysoki gość jest stworzony tylko do gry pod koszem. Nazywano Europejczyków „miękkimi”, choć oprócz dobrych zbiórek dysponowaliśmy też rzutem. Amerykańscy centrzy od nas odstawali. Dopiero przyjście i świetna forma Dirka Nowitzkiego sprawiła, że na wysokich zaczęto inaczej patrzeć. Nieraz słyszałem głosy: powinieneś stać pod tablicą, przepychać się i walczyć o zbiórki. Ja tak nie umiałem tak grać, lubiłem sobie rzucić z większej odległości.

Powrót na europejskie parkiety po studiach nie należał do łatwych. Ówczesny selekcjoner kadry Niemiec, Dirk Bauermann, ponoć ostrzegał cię przed transferem do Grecji.

– Wiele z nim rozmawiałem, w końcu był trenerem kadry, w której co lato grałem. Prawda jest taka, że nie chciałem znaleźć się w Panelliniosie. Słyszałem wiele opowieści o tamtejszym stylu gry i kiepskiej organizacji. Na transfer mocno nalegał trener klubu. Widział mnie w akcji na jednym z treningów w Chicago. Nasze rozmowy przebiegały w podobny sposób: – Nie chcę lecieć do Grecji. – Ale za to ja chcę, byś do nas trafił – zachęcał. Mieliśmy wiele ciekawych rozmów o koszykówce. Znał mój styl gry, rozumiał obawy o pieniądze. Zgodziłem się, ale szybko okazało się, że sytuacja nie jest tak piękna, jak przedstawiał ją przez telefon. Niezależnie jednak od okoliczności, nie uważam tego ruchu za błąd. Po prostu trafiłem do innej koszykówki, niesamowicie wolnej, gdzie długo trzymano piłkę. Miałem za sobą lata w NCAA, gdzie w porównaniu z Grecją grano niewiarygodnie szybko. To kwestia ligi, a nie ogólnego przygotowania, dlatego miałem problemy z grą po powrocie do Europy.

A potrafisz wskazać moment, w którym poczułeś, że pokazujesz już pełnię możliwości?

– Sądzę, że ten czas, o który pytasz, rozpoczął się podczas gry w Ince Mallorca. Druga liga hiszpańska była na wysokim poziomie. Tam dostrzegłem, że zaczynam prezentować dobry basket. Momentem przełomowym okazał się jednak dopiero transfer do Ankary. Miałem świetnie liczby mając obok się fajnych kolegów. Jednym z nich był Alper Yilmaz, laureat nagrody dla Najlepszego Menedżera Euroligi. W Turk Telekom zobaczyłem, jak dobrze potrafię grać, dlatego w następnych latach wiodło mi się coraz lepiej. 

Mamy wątek hiszpański, więc należy zadać pytanie o pobyt w Badalonie zakończony triumfem w Pucharze ULEB.

– Trudno było zrobić krok naprzód po Turcji, bo tamta drużyna była świetna. Do Hiszpanii przekonał mnie trener i reputacja, jaką od lat miał Joventut. Szybko podjąłem decyzję o przeprowadzce. Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że trafię do tak mocnego zespołu. Nie wiedziałem również, że Ricky Rubio i Rudy Fernandez zrobią takie duże postępy i rozpoczną wielkie kariery. Liczyłem po prostu na walkę z solidną ekipą w fajnym mieście. Wszystko poszło w kierunku, o którym bym nigdy nie pomyślał. Graliśmy niesamowicie, zaskakiwaliśmy samych siebie. Największym szokiem było zwycięstwo w Pucharze Króla. To bardzo prestiżowe rozgrywki w Hiszpanii, a my je wygraliśmy po drodze eliminując wielkich – Valencię, Real i Baskonię. Szczerze? Ten triumf znaczył chyba więcej niż wygrana w ULEB Cupie, bo pokazaliśmy największym krajowym rywalom, że to jednak my jesteśmy górą. Przegraliśmy tylko jeden mecz na arenie międzynarodowej w sezonie 2007/2008.

Przeżyłeś pewnie szok, gdy niedługo potem zobaczyłeś kolegów, Ricky’ego i Rudy’ego, grających jak równy z równym w NBA?

– Absolutnie nie. Po omawianym sezonie większość ekspertów powiedziała, że są skazani na sukces. W mojej opinii Fernandez już wtedy był najlepszy w Europie jeśli chodzi o grę jeden na jeden. W Realu dodał rzut, więc kontynent opuszczał jeszcze lepszy koszykarz. Z kolei u nastolatka Ricky’ego dostrzegało się niesamowity zmysł do prowadzenia gry. Każdy, kto znał się na koszykówce wiedział, że ta dwójka podbije światowe parkiety.

No to pora. Co przychodzi ci do głowy, gdy myślisz o pierwszych tygodniach w Gdyni?

– Pochodzę z Berlina. Miałem niedaleko do Polski, ale jej nie znałem. Słyszałem różne opinie znajomych na temat waszego kraju. Musiałem się sam przekonać i nie ukrywam, byłem pozytywnie zaskoczony. Pierwszą noc spędziłem w Sopocie – co za piękne miasto! Czułem się jak w Niemczech, wszędzie ładnie i czysto. Później trafiłem do Gdyni, ale często bywałem w Gdańsku. Trójmiasto jest naprawdę fajowe. Uśmiechnęło się do mnie szczęście, bo znów trafiłem do grupy naprawdę zgranych koszykarzy. Qyntel Woods, Daniel Ewing, David Logan, Ratko Varda – każdy z nich był równym gościem. Znalazłem się w fantastycznym zespole prowadzonym przez Tomasa Pacesasa – szalonego trenera, którego słowa nie raz każdy z nas poczuł. Często toczyliśmy twarde, męskie rozmowy, ale nie mogę powiedzieć na niego złego słowa. Bez kurtuazji – z wielką radością wspominam sezon w Polsce.

A jak wyglądały relacje poza treningami?

– Trzymaliśmy się blisko. Chodziliśmy na wspólne obiady, a to z Vardą, a to z Ronnie Burrellem i Adamami – Hrycaniukiem i Łapetą. Lubiliśmy przebywać razem, zawsze też chętnie spędzaliśmy czas z Amerykanami, bo dla młodych byli inspiracją. Znam zespoły, w których istniał podział na miejscowych, Amerykanów i tych innych z zagranicy. W Gdyni nie dało się tego odczuć. Nie potrzebowałem czasu na zaznajomienie się z nowymi warunkami. Od razu czułem się tak, jakbym znał wszystkich i wszystko od dawna.

Co złożyło się na sukces Asseco Prokomu Gdynia w 2010 roku? Ćwierćfinał Euroligi jest do dziś najlepszym wynikiem polskiego klubu w tych prestiżowych rozgrywkach.

– Po pierwsze, perfekcyjna grupa facetów, która trzymała się blisko. Po drugie, świadomość obowiązków. Każdy wiedział, czego się od niego oczekuje. Uważam, że to jeden z najważniejszych elementów sukcesu w koszykówce. Mieliśmy Woodsa – gwiazdę, która zdobywała mnóstwo punktów. Qyntel miał to do siebie, że nie był samolubny. Gdy widział, że kolega ma lepszą pozycję, robił wszystko by mu pomóc. Pod koszem rządził Varda, grał twardo i pewnie. Za prowadzenie odpowiadał Ewing, a Logan był drugim strzelcem. Ja sprawdzałem się przy rzutach z boku i ofensywnych zbiórkach, jak Burrell. A na Polaków zawsze można było liczyć w obronie. Podczas treningów żaden nie odpuszczał. Podobało mi się to, że nikt na nikogo nie narzekał. Nie było głosów typu: „ale on holuje tę piłkę” albo „czemu on ciągle rzuca, a nie podaje?”. Cały zespół doskonale wiedział, kto danego dnia jest w gazie. Przykładowo, w meczu z CSKA wszystko mi wychodziło. Koledzy nie potrzebowali dodatkowych instrukcji. Dostawałem piłkę, wykorzystywałem prawie wszystko i skończyłem z rekordowym dla siebie wynikiem w Eurolidze.

Ewing nazwał tamtego Woodsa „LeBronem Jamesem Euroligi”.

– On nie powinien grać wtedy w Europie. Jego miejscem powinna być NBA. Pamiętam nasze treningi. Co tydzień organizowaliśmy sobie taki turniej gry jeden na jeden. Każdy mierzył się z każdym. Jeżeli Qyntel chciał brać w tym udział, to zwycięzca z góry był znany. Nikt nie potrafił go zatrzymać. Rozprawiał się z każdym jak dorosły z dzieckiem. To jest tylko jedna, ta dobra strona Woodsa. Miewał jednak humory, wtedy nie chciało mu się grać. Był fantastycznym koszykarzem, przerastającym europejskie rozgrywki, ale błędy młodości sprawiły, że wylądował tutaj. Grał świetnie, ale do jego okiełznania potrzebny był dobry trener. Pacesas umiał do niego dotrzeć, wielu innym ta sztuka się nie udała. Nasz trener wychodził z założenia: masz piłkę, to czyń swoją powinność. My też nie chcieliśmy wchodzić Qyntelowi w drogę. To sprawiło, że Woods mógł prezentować kosmiczny, jak na nasze realia, poziom.

A czy Olimpiakos był wtedy do pokonania? Już w pierwszym meczu ćwierćfinałowej serii uprzykrzyliście życie greckiemu faworytowi.

– Oczywiście. Nie mam cienia wątpliwości. Starcie numer jeden było dla nich szokiem. Nie spodziewali się, że zagramy tak dobrze. Zwyciężyli tylko czterema punktami, a przed meczem zapowiadali pogrom. Występowali u siebie, a w Grecji jest tak, że nie gra się w piątkę tylko w szóstkę lub nawet w siódemkę. Tamtejsi kibice są fanatyczni. Przed drugim meczem mieli już inne nastawienie. Wiedzieli już, że stać nas na wygranie serii. Z „niewiadomych” przyczyn przed hotelem nie pojawił się więc autobus mający zawieźć nas do hali. Musieliśmy spontanicznie zorganizować transport taksówkami. Później w Gdyni wygraliśmy i nadal uważam, że byliśmy w stanie pójść za ciosem. Jeżeli jesteś małym klubem, to z góry skazują cię na pożarcie. Musisz dwa razy mocniej chcieć wygrać, by przejść dalej.

To był również pojedynek gwiazd tamtego sezonu – wspomnianego Woodsa i Linasa Kleizy.

– Kleiza również grał na niesamowitym poziomie. Miał podobne wsparcie zespołu co „Q”, z tym że oprócz niego byli tam jeszcze Amerykanie z NBA, jak na przykład Josh Childress. Trudno jest porównywać ich bezpośrednio. Wysocy goście mogą poprawić statystyki ofensywnymi zbiórkami i dobitkami spod kosza. Obaj górowali nad resztą Euroligi.

Co sprawiło, że początek następnego sezonu poszedł tak słabo? Pod koniec 2010 roku już ciebie nie było w Gdyni.

– Wróciliśmy do Euroligi z wielkimi oczekiwaniami. Każdy patrzył na nas przez pryzmat tego, co osiągnęliśmy parę miesięcy wcześniej. Do klubu dołączyli nowi, którzy nie zgrali się tak dobrze jak poprzednicy. Niby chcieli być z nami, ale jednak brakowało tej dawnej chemii. To nie były wzmocnienia w skali 1:1. Sezon wcześniej drużynę tworzyli obyci w europejskich rozgrywkach. Dla niektórych nowych Euroliga była czymś nieznanym. Dodatkowo doszedł udział w lidze VTB. Łącząc to jeszcze z polskimi rozgrywkami mieliśmy natłok gier. Stworzono pseudo dwa zespoły – A, grający za granicą i B, występujący w domu. Zagraniczni czasem porzucali na krajowym podwórku, ale stworzyła się nieciekawa sytuacja, bo nie ćwiczyliśmy razem. Szybko odpadliśmy z Euroligi, a w Polsce obowiązywały limity obcokrajowców. Kogoś z zagranicznych trzeba było zwolnić. Pewnego razu powiedziałem Pacesasowi: Mam inne dobre oferty. Nie jestem zbytnio zadowolony z obecnej sytuacji. Chciałbym więcej grać. Tak podjąłem decyzję o odejściu. 

Spędziłeś później parę sezonów w Bayernie Monachium. Za pierwszym razem dołączałeś do beniaminka Bundesligi. Patrząc na to, gdzie znajduje się dziś klub z Bawarii – co złożyło się na ich tamten sukces?

– Bayern to doskonale pracująca organizacja. Marko Pesić (generalny menedżer – przyp. M.W) doprowadził przez lata do niesamowitej ewolucji klubu. Miał wsparcie masy osób, za kulisami tworzyli niesamowite rzeczy. Warto tu podkreślić, że sekcja koszykarska nie żyje z pieniędzy piłkarzy. Musi zarabiać sama na siebie. Jedyne co dostają to wsparcie merytoryczne, tak zwane know-how. Z drugiej strony, na pewno fakt, że markę futbolowego Bayernu kojarzą miliony na świecie jest bezcenny dla koszykarskiej działalności. To wszystko sprawia, że z dobrą organizacją rozwija się też strona sportowa drużyny basketu. Świetną robotę wykonuje dyrektor od tych spraw, Daniele Baiesi oraz trener Andrea Trinchieri. Sprawiają, że czołowi zawodnicy chcą grać w Monachium, a nie traktują go tylko jako jednej z opcji. Wielu po latach wspomina to świetne podejście klubu. Każdy koszykarz dostaje wszystko, co jest potrzebne do pokazania maksimum umiejętności.

Ówczesna kadra Niemiec składa się z dobrych wysokich graczy. Oprócz ciebie i Nowitzkiego grał jeszcze znany z NBA Chris Kaman. Wszystkich prowadził Bauermann, który parę lat później wylądował w naszym kraju.

– Zapamiętałem go jako świetnego specjalistę. Już sam fakt, że funkcję pełnił osiem lat o czymś świadczy. Do dziś najmilej wspominam przemowy trenera. Były niesamowite! Zawsze wiedział co powiedzieć, czy to przed, czy w trakcie meczu, by rozpalić w nas ogień. Fajnie, że wspomniałeś o wysokich graczach. Po latach odnoszę wrażenie, że Bauermann zbyt mocno skupiał się na nas – podkoszowych – kosztem obwodu. Może było to spowodowane trendem stawiania na silnych, rosłych gości? Wtedy w wielu kadrach grało dwóch lub trzech pewniaków, których wzmacniano tymi, którzy aktualnie prezentowali się w miarę solidnie. Dziś widzimy inne rozdanie. Grono naprawdę dobrych koszykarzy mocno się poszerzyło. Trenerzy najlepszych zespołów mają do dyspozycji praktycznie pełną dwunastkę graczy, z których nikt nie obniży nagle poziomu gry. Bauermann takiego szczęścia nie miał.

Rozmawiał Michał Winiarczyk – więcej na sport.tvp.pl

źródło: sport.tvp.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, historia koszykówki

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2021-09-12

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved