Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Jakub Karolak: Mieliśmy bardzo dobrą atmosferę w szatni

Jakub Karolak: Mieliśmy bardzo dobrą atmosferę w szatni

fot. Marcin Bodziachowski/Legia

Jakub Karolak w zakończonym niedawno sezonie 2020/21 był kapitanem koszykarskiej Legii, z którą zakończył rozgrywki na miejscu czwartym. Z zawodnikiem, który w Legii rozegrał jak dotąd dwa bardzo udane sezony, o minionych rozgrywkach, rywalizacji w „bańce” w strefie medalowej, zaciskaniu zębów przy okazji urazów, a także powołaniu do reprezentacji Polski przeprowadził serwis legiakosz.com.

Przed tym sezonem Legia nie była nawet faworytem do czołowej ósemki. Czym Cię przekonał trener Kamiński i prezes Jankowski, abyś ponownie przyszedł właśnie tutaj?



Jakub Karolak: – Poprzedni sezon z powodu pandemii skończył się przedwcześnie, bo już w marcu. Nie było jeszcze wiadomo kiedy, i czy w ogóle, zacznie się kolejny sezon ligowy. Nikt do końca nie wiedział, jak wyglądać będzie sport zawodowy w naszym kraju. W połowie maja odezwał się do mnie prezes – najpierw zrobił delikatne „podchody”, zadając pytania o moje plany na przyszły sezon. Wtedy nie było tajemnicą, że z powodu pandemii, Anwil rozwiązał ze mną kontrakt, mimo że miałem w nim opcję gry również w kolejnym sezonie. Od takich wstępnych, można powiedzieć, niewinnych rozmów z prezesem, doszło do rozmowy z trenerem i później już bardziej konkretnych rozmów z prezesem. Miałem zapytania z innych klubów, ale z Legią dogadałem szczegóły. Trener Kamiński przedstawił mi wizję tego zespołu i dość szybko dograliśmy szczegóły. Szkoda tylko, że nie udało się nam zagrać w europejskich pucharach, ale to wina tylko i wyłącznie Covida, bo Legia chciała grać w rozgrywkach europejskich. I nie żałuję mojej przedsezonowej decyzji w ogóle – można powiedzieć, że to był strzał w dziesiątkę.

Ten sezon był bardzo udany nie tylko dla klubu, ale również dla ciebie, kapitana tej drużyny, która sprawiła chyba największą niespodziankę z zakończonym niedawno sezonie.

– Tak, to był bardzo dobry sezon dla całej drużyny. Dla mnie również. W listopadzie przydarzył mi się uraz kostki, co trochę wybiło mnie z rytmu, bo pauzowałem blisko miesiąc. Noga doskwierała mi jeszcze przez kolejny miesiąc, a nawet do teraz czasami czuję w niej ból. Teraz jest dobry czas, żeby się do końca wyleczyć. Sezon był dla nas bardzo dobry, nikt się nie spodziewał, że osiągniemy taki wynik. Można powiedzieć, że od początku do końca trzymaliśmy równy poziom. W każdym meczu, w którym nie udało się nam wygrać, walczyliśmy. Poza meczem w Pucharze Polski z Treflem. Cieszę się bardzo z tego sezonu. Dwa lata temu też przychodziłem do Legii po jej gorszym sezonie i udało się zrobić bardzo dobry wynik. Tak samo było tym razem. Cieszę się, że mam takie szczęście.

Można powiedzieć, że jesteś takim dobrym duchem – po powrocie do ekstraklasy Legia miała dwa dobre sezony i oba z twoim udziałem.

– Tak akurat wyszło, nie wiem, czy miałem na to jakiś wpływ, czy też nie. Tak się akurat złożyło, że oba sezony, kiedy byłem w Legii były znacznie lepsze niż poprzednie.

W tym sezonie byłeś kapitanem Legii. To dodatkowa motywacja, czy może opaska kapitańska to dodatkowy ciężar?

– Może nie ciężar, ale czułem większą odpowiedzialność za drużynę. Sama rola kapitana w koszykówce nie przekłada się na grę na parkiecie, nie chodzi najczęściej o kwestie czysto koszykarskie. Raczej pomoc dla młodszych chłopaków w drużynie – dobrym słowem, jakąś radą. Czasem chodzi o sprawy poza koszykarskie, to co dzieje się w szatni, poza boiskiem. Wydaje mi się, że dobrze spełniłem się w tej roli, to też było dla mnie nowe doświadczenie, bo pierwszy raz byłem kapitanem drużyny.

Nigdy nie ma dobrego momentu na kontuzję, ale kontuzja kostki, o której wspomniałeś pojawiła się zaraz po powołaniu do szerokiej reprezentacji Polski. Chyba w tym momencie odniesiony uraz bolał jeszcze bardziej, bo czasem bywa tak, że drugiej szansy można już nie dostać.

– Zabolało mnie w tamtym momencie. Byłem wtedy w gazie, do czasu właśnie tego urazu. I grałem dobrze, i statystycznie wyglądało to nieźle. Kontuzja przydarzyła mi się w meczu z Treflem, a był to bodajże ostatni, albo przedostatni mecz przed okienkiem dla reprezentacji. Na pewno tuż po tym powołaniu do szerokiej reprezentacji. A w trakcie meczu początkowo nawet nie poczułem, że skręciłem nogę. Nieodpowiednio wylądowałem, kostka uciekła mi do wewnątrz. Chciałem się odepchnąć z tej nogi, coś delikatnie poczułem, ale przez cztery minuty próbowałem jeszcze grać. Kiedy jednak usiadłem na ławce i później podniosłem się, już wiedziałem, że coś jest nie tak z nogą. Jestem takim zawodnikiem, że jeśli coś mnie boli, czy doskwiera, to zazwyczaj zaciskam zęby i gram. Tak było w przypadku złamanego palca w tym sezonie. Na treningu dostałem podanie-torpedę od „Sokoła”, w ostatniej chwili ktoś tę piłkę przeciął, ta zmieniła tor lotu, wygięła mi palec i ten się złamał. Ale nie przeszkodziło mi to grać w kolejnych meczach. Przy urazie kostki – ciężko biegać, przy urazie palca, można go „zatejpować” i jakoś z tym walczyć. Kontuzja kostki była jednak z tych, po których naprawdę trudno truchtać, a nawet chodzić.

Po takim złamaniu palca, kiedy zdecydowałeś, że będziesz grał, a nie czekał aż wszystko się zrośnie, na treningach próbowałeś oswajać się z tym bólem, niewygodą w postaci tejpów na palcach?

– W przypadku takiej kontuzji, to jest tylko kwestia przyzwyczajenia się do bólu oraz tego, jak inaczej łapać piłkę, czasem na drugą rękę. No i wewnętrznej walki z bólem. Sam uraz nie mógł się pogłębić. Wiadomo, w przypadku dłuższej przerwy – odpoczynku, mógłby się zagoić, ale też wcale nie jest powiedziane, że byłoby lepiej po usztywnieniu tego palca. Postanowiłem zacisnąć zęby, a z tygodnia na tydzień było coraz lepiej. Z kolei po miesiącu praktycznie nie czułem już żadnego bólu. Palec już mi został taki trochę krzywy, ale to już urok takiego sportu. Siatkarze mają krzywe palce i koszykarze również. Szkoda tylko, że to palec obrączkowy i obrączka mi już na niego nie wchodzi.

Tak jak wspominałeś, po kontuzji kostki, potrzebowałeś trochę czasu, żeby wrócić do najwyższej formy. I ten szczyt formy przyszedł na najważniejszy moment sezonu, czyli rywalizacji z Kingiem w play-off?

– Wiadomo, że powrót po urazie i przerwie nie jest łatwy. Już dwa dni po tym urazie trenowałem, oczywiście na ile mogłem – początkowo na siłowni. Wiadomo też, że obciążenia wtedy są odpowiednio dobierane. A i sama kostka po takim urazie, jeszcze przez miesiąc-dwa, bolała. Ale był to już taki ból, który można było przezwyciężyć i jakoś biegać. Potrzeba trochę czasu, aby wzmocnić kostkę, aby wybijać się z niej, czy zmieniać kierunki, tak samo jak przed urazem. Miesiąc pauzy bez grania i trenowania z pełnym obciążeniem, a potem kolejny miesiąc lub nawet więcej, dochodzenia do sprawności sprzed urazu. Pierwsze mecze rozgrywane po takim urazie, nie są jeszcze rozgrywane, mimo szczerych chęci, na sto procent.

W meczu z juniorami Kinga nie wybiegłeś na parkiet jako jedyny z kadry meczowej. Ta decyzja była spowodowana jakąś sytuacją z przeszłości?

– Mam w głowie taką historię z przeszłości. Chodziłem wtedy bodajże do liceum i coś mnie podkusiło, aby zagrać w rozgrywkach międzyszkolnych. W tym meczu zostałem uderzony kolanem w kolano i z takiego niewinnego, można powiedzieć, niewiele wartego meczu, zrobiła się dłuższa kontuzja, którą musiałem leczyć przez 2-3 miesiące. W tym przypadku King przyjechał juniorami, mieliśmy dostępnych 13 zawodników do gry, a trener zapytał mnie przed spotkaniem, czy chcę zagrać. Odpowiedziałem, że nie obrażę się, jeśli w tym meczu nie zagram. Mam bowiem niemiłe wspomnienia z przeszłości, kiedy zdarzył się taki mecz, w którym mogłem sobie odpuścić i nie zagrać, ale byłem młody i głupi, i chciałem grać wszędzie. Tym razem wolałem odpuścić. Wiedziałem, że za pięć dni rozpoczynamy rywalizację o wielką stawkę. Przy okazji tamtego meczu normalnie uczestniczyłem w rozgrzewce, przepociłem się, odbyłem trening na siłowni, więc taką jednostkę treningową zaliczyłem.

Wszyscy wiemy, w jakich okolicznościach rozgrywane były mecze od półfinałów. Ze Stalą mogliście jednak wygrać dwa pierwsze mecze – czego zabrakło, by zwyciężyć w nich. A wówczas, rywalizacja w tej serii, mogłaby się jednak inaczej potoczyć.

– W pierwszym i drugim meczu byliśmy blisko. W pierwszym spotkaniu mieliśmy piłkę na dogrywkę, w drugim z kolei po pierwszej połowie prowadziliśmy bodajże różnicą 12 punktów. Mieliśmy swoje szanse, ale ich nie wykorzystaliśmy. Teraz to już tylko gdybanie… Te play-off mogłyby się zupełnie inaczej potoczyć, gdyby były rozgrywane w taki sposób jak dotychczas, czyli część spotkań na własnym parkiecie. Przez cały sezon pracowaliśmy, aby zająć pozycję jak najwyższą, aby mieć przewagę parkietu w play-off. Wszyscy dobrze wiedzą, jak w tym sezonie graliśmy u siebie – mieliśmy bilans 13-2, a doliczając mecze z Kingiem, nawet 15-2. Myślę, że w przypadku takiej rywalizacji, gdzie przynajmniej dwa mecze gralibyśmy na Bemowie, Stali byłoby znacznie ciężej nas pokonać. Takie jednak mamy czasy. W dobie koronawirusa uznano, że to jedyna słuszna opcja, żeby rozegrać mecze w zamkniętej bańce. Możemy sobie tylko gdybać, co by było, gdyby było inaczej. Bez względu na zmienioną formę półfinałów, robiliśmy wszystko, aby wygrać te mecze i niewiele zabrakło…

Rywalizacja ze Śląskiem o brąz była bardzo wyrównana – zdecydował jeden rzut, ale chyba żałować można, że zbyt szybko roztrwoniliście sporą przewagę z pierwszej kwarty. Tak jak w drugim meczu ze Stalą.

– Nie analizowałem aż tak dogłębnie serii ze Śląskiem. Pierwszy mecz zagraliśmy bardzo dobrze i kontrolowaliśmy jego przebieg. W drugim meczu Śląsk nie miał nic do stracenia, zaskoczył nas bardzo agresywną grą, a my nie bardzo potrafiliśmy na to odpowiedzieć. Wydaje się, że trochę za miękko graliśmy. Po trzech kwartach przewaga wrocławian była duża i trener postanowił, by oszczędzić trochę sił na decydujący, trzeci mecz. W nim mieliśmy na początku dużą przewagę. Koszykówka to jednak taki sport, że często są „runy”. Raz jedni zaliczają serię 8:0, potem drugi zespół 10:0. Mieliśmy swoje gorsze momenty w tym meczu, Śląsk miał swoje lepsze, zdecydowała dogrywka i ostatni w niej rzut. Świadczy to tylko o tym, że ta seria była bardzo wyrównana, spotkały się dwie dobre drużyny i walka była zacięta. Co pokazuje również remisowy wynik małych punktów w trzech spotkaniach tej serii o brąz.

Ostatnia akcja z trzeciego meczu śniła się później? Do piłki rzuconej przez Stewarta zabrakło ci niewiele.

– Obejrzałem tę akcję od razu po meczu w szatni. I postanowiłem, że więcej nie będę, bo nic mi to nie da, że będę oglądał ją w nieskończoność. Stewart trafił ciężki rzut, przez ręce. Stało się. Chwała mu za to – trafił trudny rzut, pod presją i czasu, i obrońcy. Czapki z głów za taki rzut, bo trafić coś takiego, nie jest łatwo.

Jeśli chodzi o samą „bańkę” – bardzo uciążliwe była ta hotelowa izolacja, brak rodziny na co dzień przez kilka dni?

– W porównaniu do zwykłych wyjazdów meczowych, różniło się to przede wszystkim długością pobytu. Zazwyczaj jeździmy dzień przed meczem, po meczu wracamy. Trzeba pamiętać, że wszyscy mieliśmy takie same warunki. Największa różnica w porównaniu z wyjazdami na zwykłe mecze, to fakt, że nie mogliśmy wyjść z hotelu na świeże powietrze. Posiłki też zdarzały się już powtarzać. Była duża monotonia – kursowaliśmy właściwie pomiędzy pokojem hotelowym i halą, gdzie odbywaliśmy treningi oraz mecze. To trochę nienaturalne, bo nikt z nas nie był do tego przyzwyczajony, ale każdy miał takie same warunki. Jeśli chodzi o sprawy hotelowe i noclegowe, wszystko toczyło się na tych samych warunkach.

Jak zniosłeś taką intensywność na tym etapie rozgrywek – odstępy pomiędzy meczami były bardzo niewielkie. Play-off zawsze są intensywne, ale tak jak w tym roku, jeszcze nigdy nie były.

Było bardzo intensywnie, bo graliśmy dwa mecze pod rząd, później mieliśmy dzień przerwy i już graliśmy kolejny raz. To naprawdę duży wysiłek, gdy gra się dzień po dniu. Szczególnie, kiedy gra się o 20:30, i kończy spotkanie około 22:30. Zanim wszyscy się wykąpią, wrócą do hotelu na kolację, już jest północ, a następnie zaczynała się sesja regeneracyjna z Kubą i „Blachą”. Po meczu poszliśmy spać około 3 nad ranem. A rano trzeba normalnie wstać – nie ma tak, że sobie odeśpisz. Nie ma szans, bo rano trzeba zrobić trening. Intensywność była wyjątkowo duża, bo zazwyczaj w play-off jest system mecz, przerwa, mecz, dwa dni przerwy. My z kolei graliśmy trzy spotkania w cztery dni. To duży wysiłek.

Dobrze kojarzę, że zanim Lester Medford trafił do Legii, to w meczu ze Startem mieliście trochę utarczek słownych między sobą?

– Chyba coś takiego było w trakcie przedsezonowego sparingu. Wtedy walka toczyła się do samego końca, przegrywaliśmy przez całe spotkanie, i w końcówce dogoniliśmy rywali. Wtedy pojawiły się utarczki słowne. Nie pamiętam dokładnie co to było.

Czyli po przenosinach Lesa do Warszawy, nie trzeba było wyjaśniać sobie zaszłości. Nie jesteście tak pamiętliwi – co było w trakcie meczu, szybko idzie w zapomnienie?

– Wydaje mi się, że Lester w ogóle nie pamięta, że wtedy ze mną „rozmawiał”. To taki typ zawodnika, że lubi w trakcie rywalizacji taki trash-talking. Z wieloma zawodnikami w trakcie sezonu miał takie przygody. Więc tym bardziej takiej przedsezonowej rozmowy, mógł już nie pamiętać. To wszystko są sytuacje boiskowe – kiedy mecz się kończy, to co było na parkiecie, zostawia się na parkiecie. Kiedy do nas przyszedł, przyjęliśmy go normalnie, jak każdego innego zawodnika. Wszystko w naszej drużynie odbywało się w bardzo przyjacielskich relacjach.

Przez cały sezon graliście bardzo równo – mało mieliście „wpadek”, meczów, które wam nie wyszły. Właściwie jedynie w Pucharze Polski z Treflem zagraliście bardzo słabo. Co było przyczyną?

– Nie mam pojęcia. Przyjechaliśmy do Lublina bojowo nastawieni. Nie ma co się oszukiwać, Trefl zagrał wtedy bardzo dobry mecz. Trafiał trudne rzuty, wypracował sobie przewagę, grali agresywnie, a my nie potrafiliśmy na to odpowiedzieć. W pewnym momencie tego spotkania chyba zeszło z nas powietrze i odpuściliśmy. Nie powinniśmy, ale już nie mieliśmy pomysłu jak ich „ugryźć”, podczas gdy rywalom wpadał rzut za rzutem. Zdarzył się nam jeden jedyny taki mecz w sezonie. Można powiedzieć, że dobrze, że to przyszło akurat wtedy, a nie w meczach play-off z Kingiem.

Od początku sezonu doszło do paru zmian w waszej drużynie, ale nie wpłynęły one jakoś negatywnie na jakość gry Legii. Potrafiliście adaptować się do nowych warunków, wkomponować nowych zawodników do waszego zespołu.

– Nie jest tajemnicą, że mieliśmy bardzo dobrą atmosferę w szatni. Trzymaliśmy się wszyscy razem. Każdy kto do nas przyjeżdżał, był dobrze przyjmowany. Tak było, kiedy trafił do nas Nick, później Lester, a następnie Walerij. Wydaje mi się, że oni sami byli pod wrażeniem tego, jak przyjmowaliśmy ich w szatni. Nie było tak, że nowy gracz siadał w rogu i nikt się do niego przez dwa tygodnie nie odzywał. Każdy każdemu pomagał, żartował. Mieliśmy bardzo dobrą atmosferę i każdy tutaj czuł się dobrze.

Pierwsze powołania do reprezentacji nie doszło do skutku z powodu kontuzji. Fakt, że teraz znalazłeś się znów w szerokiej kadrze selekcjonera, pokazuje, że nadal jesteś uważnie obserwowany. Ucieszyłeś się, że twoja praca została dostrzeżona przez Mike’a Taylora?

– Ucieszyłem się. Zobaczymy jak to się teraz potoczy, bo wiadomo, że jest nas na liście 24. Podejrzewam, że trener będzie musiał ten skład trochę okroić. Czekam z niecierpliwością na informację, kto będzie dalej w tej kadrze. Co by się nie działo – na pewno będę trzymał kciuki za chłopaków, bo wiadomo, że walka toczyć się będzie o igrzyska olimpijskie. Mam nadzieję, że ten cel uda się osiągnąć.

Czyli plany wakacyjne musisz na razie wstrzymać?

– Tak jest – na razie czekam na informację, a plany urlopowe są w zawieszeniu. Staram się trzymać formę, którą miałem w sezonie. Nie jest tak, że odpoczywam sobie. Poza tym jestem takim typem zawodnika, że po sezonie potrzeba 3-5 dni i już zaczynam pracę na przyszły sezon. Czekam cierpliwie i dopiero po decyzji selekcjonera, będę planował urlop z żoną i dzieckiem.

Jak ocenisz swój poprzedni sezon w Anwilu? Poszedłeś do czołowej drużyny, miałeś okazję zagrać w europucharach, ale minut było nieco mniej, no i przytrafiły się bolesne kontuzje.

– Tamten sezon był na pewno dla mnie dobrym doświadczeniem. Dzięki grze w Anwilu, bardziej zrozumiałem grę w koszykówkę. Bardzo rozbudowaną taktykę, bardzo dobrze zorganizowany skauting i wszystkie wyjazdy, treningi i same mecze, z bardzo dobrymi zawodnikami. Wszystko to ma znaczenie, i z każdego sezonu można wyciągnąć plusy. Jestem przekonany, że po tym roku we Włocławku, lepiej rozumiem koszykówkę od strony czysto taktycznej, czytania gry.

W Legii po raz pierwszy grałeś w sezonie 2018/19 i wtedy również sprawiliście miłą niespodziankę warszawskim kibicom. Chociaż nie weszliście do półfinału, urwanie dwóch meczów Asseco Arce, najlepszej wtedy drużynie po sezonie zasadniczym, trzeba uznać za sukces.

– Właśnie ta rywalizacja najlepiej pokazuje, jak duże znaczenie mają mecze u siebie w play-off. Podejrzewam, że w spotkaniach z tamtą Arką, nie mielibyśmy większych szans, gdybyśmy nawet zagrali na neutralnym terenie. Wtedy też nikt nie stawiał, że Legia znajdzie się w play-off. Zrobiliśmy dobry wynik w sezonie zasadniczym, a mimo że z Arką przegraliśmy dwa pierwsze mecze, udało się doprowadzić do piątego spotkania. Później śmialiśmy się z Darkiem Wyką, że ciepło mieli w Arce, ale ostatecznie udźwignęli presję i zakończyli serię na własnym parkiecie. Ale patrząc przez pryzmat kolejnych meczów gdynian w tamtych rozgrywkach, trochę krwi im napsuliśmy. Arka mierzyła się w półfinale z Anwilem, który wygrał pierwszą rundę 3:0, a gdynianie musieli grać tych spotkań pięć. To kosztuje więcej wysiłku, do tego dochodzą podróże i zapewne to odbiło się na wynikach półfinałów.

Po tym sezonie spragnieni jesteście udziału publiczności w meczach? Kibice w tym sezonie, i to w mocno ograniczonej liczbie, pojawili się tylko na samym początku rozgrywek.

– Jak tylko zadałeś pytanie o te play-off z Arką, od razu przypomniała mi się atmosfera z tych meczów w hali na Bemowie. Kiedy Żyleta za koszem ryknęła i śpiewała przez cały mecz, to do tej pory jak o tym myślę, przechodzą mnie ciarki. Z niecierpliwością czekamy na przyszły sezon, aby było już normalnie i kibice mogli spokojnie nas dopingować.

Myślisz już o tym, co w kolejnym sezonie?

– Powoli zastanawiam się nad tym. Moi agenci zaczynają swoją pracę, toczą się rozmowy. Dopiero kilka dni temu skończył się sezon w ekstraklasie, jest jeszcze trochę wcześnie, ale już pierwsze rozmowy się odbywają.

Rozmawiał Marcin Bodziachowski – legiakosz.com

źródło: legiakosz.com

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Energa Basket Liga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2021-05-15

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved