Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Ish Smith blisko pobicia rekordu – grał już w 11 klubach NBA

Ish Smith blisko pobicia rekordu – grał już w 11 klubach NBA

fot. wizofawes.com

Niedawno obchodziliśmy rocznicę śmierci Kobego Bryanta, który 20 lat kariery w NBA spędził w jednym zespole Los Angeles Lakers. Nie jest to normą, większość graczy regularnie zmienia zespoły. Przypadek Isha Smitha też jednak wydaje się wyjątkowy, bo koszykarz obecnie będący w składzie Washington Wizards ma za sobą występy w aż 11 drużynach i jest blisko pobicia rekordu.

Tak duża liczba pracodawców to spore osiągnięcie, o którym jednak nikt raczej nie marzy. Żeby zagrać w 11 różnych zespołach trzeba być… nie za dobrym, nie za słabym. Zawodnicy drugiego planu zmieniają zespoły częściej niż gwiazdy, ale istnieje też większe ryzyko, że „wypadną” z ligi. Wielu z nich zresztą po kilku latach świadomie decyduje się na rozstanie z NBA i przenosiny do Europy albo Chin. Tam mogą nawet zarobić więcej niż wypełniacz składu w najlepszej lidze świata, który czasami dostaje „ledwie” kilkaset tysięcy dolarów za sezon. Wystarczy spojrzeć na to, ile do końca poprzedniego sezonu (przed odliczeniem podatków) uzbierał w trakcie swojej kariery Smith. To niecałe 30 milionów dolarów, z czego 24 miliony po 2016 roku, gdy po raz pierwszy w swojej karierze zaznał stabilizacji. Podpisał wtedy trzyletnią umowę z Detroit Pistons i wypełnił ją w całości! Po zakończeniu związał się jednak z Wizards i właśnie rozgrywa drugi sezon w Waszyngtonie. Cóż za spokój w życiu człowieka, który wcześniej był zwalniany sześć razy i sprzedawany pięciokrotnie.



Proces „kolekcjonowania” klubów został ostatnio spowolniony, choć pewnie zawodnik na to nie narzeka. Ma niecałe 33 lata, więc jest realna szansa, że po Wizards zatrudni go inny zespół i w ten sposób Smith wyrówna należący do czterech koszykarzy rekord. W 12 różnych drużynach grali Jim Jackson, Chucky Brown, Tony Massenburg oraz Joe Smith (zbieżność nazwisk z Ishem przypadkowa). Z wymienionego kwartetu najbardziej znany jest ten pierwszy, który w latach 90-tych był nawet jednym z liderów Dallas Mavericks rzucając w najlepszym sezonie przeciętnie blisko 26 punktów. Skończył karierę w 2006 roku na ławce rezerwowych Los Angeles Lakers. Losy Smitha wyglądały dość podobnie – od pierwszoplanowej roli w Golden State Warriors do epizodów w Lakers. Brown nigdy gwiazd(k)ą nie był, ale zaczynał w pierwszej piątce Cleveland Cavaliers, a kończył rzadko wychodząc na parkiet w Sacramento Kings. I tylko Massenburg w ostatnim sezonie prezentował się lepiej niż w debiutanckim. Oba zresztą spędził w tym samym zespole San Antonio Spurs, a na pożegnanie świętował swoje jedyne mistrzostwo NBA. Potem próbował jeszcze sił w Wizards, ale zwolniono go przed pierwszym meczem pozbawiając szansy na zostanie samodzielnym rekordzistą.

Jeśli można porównać karierę Isha Smitha, do któregoś z wymienionych, to chyba najbliżej mu do Massenburga, chociaż też można zauważyć duże różnice. Massenburg w latach 90-tych wyjechał na kilka lat do Europy, a poza tym do NBA na początku trafił w tradycyjny sposób poprzez draft i kontrakt ze Spurs, którzy wierzyli, że rozwinie się u boku Davida Robinsona. Smith w drafcie w 2010 roku nie usłyszał swojego nazwiska i dopiero latem podpisał umowę z Houston Rockets, którzy w trakcie sezonu 2010/2011 regularnie odsyłali go na zaplecze do D-League. Zdołał wystąpić w 28 meczach, w trzech nawet wyszedł w pierwszej piątce. Naiwnie myślał wtedy, że będzie mógł związać się z Houston na dłużej. Ale w lutym 2011 po raz pierwszy przekonał się, że NBA to biznes i życie może się zmienić bez wiedzy koszykarza.

Smith szykował się do drzemki oglądając telewizję i przeczytał, że jego kolega Shane Battier został oddany do Memphis Grizzlies. Ish był zaskoczony, ale uznał, że i tak się zdrzemnie, a potem odezwie się do Battiera. Wcześniej jednak obudził go telefon od agenta. – Ish, zostałeś sprzedany – usłyszał. Był zaskoczony. Media początkowo w ogóle nie podawały jego nazwiska, w analizach był pomijany. Dorzucono go do wymiany, żeby transakcja zgadzała się pod kątem finansowym. Wtedy Smith zdecydował, że w nowym miejscu nie będzie się urządzał, bo w każdej chwili znowu może zostać wysłany do kolejnego klubu albo zwolniony. Zakupione w Houston meble wysłał do domu mamy w Północnej Karolinie. Przez kolejne lata żył właściwie dosłownie na walizkach. Zazwyczaj wybierał lokum w hotelu zamiast wynajmowania mieszkania, żeby łatwo móc się wyprowadzić.

Czasami przy przeprowadzkach pomagała mu rodzina. W ESPN Smith opowiadał, że zdarzyło się, iż miał niewiele czasu, by polecieć do kolejnego klubu, więc poprosił mamę i siostrę o przylot i spakowanie jego rzeczy do… auta. W kilku innych przypadkach sam wypełniał samochód dobytkiem i wysyłał ciężarówką do nowego miasta. Gdy do końca sezonu pozostawało niewiele czasu, to zostawiał swoje auto w starym mieście, brał ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy w walizkach, a resztę odbierał po zakończeniu rozgrywek. Z powodu takiego trybu życia Smith długo nie miał swojego własnego lokum, co w przypadku graczy NBA jest rzadkością. Ale zawodnik był ciągle w drodze, a na dodatek jego zarobki nie były gigantyczne. Dopiero po pierwszym roku pobytu w Detroit – gdzie zarabiał 6 milionów dolarów za sezon – zdecydował się na zakup domu nieopodal Charlotte, skąd pochodzi.

Wcześniej jednak zwiedził pół kraju. We wspomnianym już Memphis nie był długo, został zwolniony. Nie minęły dwa dni i zatrudnili go Golden State Warriors. A potem były kolejne transakcje – od grudnia 2011 do grudnia 2015 aż 11 zmieniał pracodawcę. Najgorsze były ostatnie dni przed zamknięciem okresu transferowego, bo nie tylko sam się denerwował, ale dostawał wiele wiadomości od znajomych i rodziny. W sumie trzy razy handlowano nim w ostatnim możliwym dniu. W okresie wspomnianych czterech lat wrócił nawet do Rockets, ale tylko na kilka miesięcy między sezonami, więc nie zagrał ani jednego meczu. Podobnie wyglądała pierwsza przygoda z New Orleans Pelicans, którzy zwolnili go zaraz po transakcji z Oklahoma City Thunder. Po drodze byli jeszcze Orlando Magic, Phoenix Suns, Milwaukee Bucks.

Dwa razy lądował w Philadelphia 76ers i w obu przypadkach udało mu się pojawić na parkiecie. Jesienią 2015 po raz pierwszy został zatrudniony w Waszyngtonie, lecz wtedy nie przekonał do siebie sztabu i odesłano go przed rozpoczęciem rundy zasadniczej. Bezsprzecznie za najlepszy dla niego należy uznać drugi pobyt w Filadelfii, gdzie w 50 meczach zdobywał średnio blisko 15 punktów i miał przeciętnie 7 asyst. Co prawda 76ers byli wtedy w okresie „tankowania” i zakończyli rozgrywki z najgorszym bilansem w lidze, ale Smithowi udało się wypromować. To właśnie po tamtym sezonie podpisał wieloletnią umowę z Pistons. W Detroit po raz pierwszy zagrał nawet nie tylko epizodycznie w play-offach, choć niestety zakończonych czterema porażkami.

W ostatnich dniach pozostawał w Wizards poza składem, ale nie ma to związku z potencjalnym transferem lub zwolnieniem. Smith wraz z większością zawodników zespołu z Waszyngtonu został poddany izolacji ze względu na przepisy bezpieczeństwa dotyczące zapobiegania rozprzestrzeniania koronawirusa. Kilka meczów Wizards przełożono, a potem drużyna w niepełnym składzie wróciła do gry i powoli próbuje wygrzebać się z dna tabeli Konferencji Wschodniej. Statystyki Smitha imponujące może nie są (średnio niecałe 6 punktów, 4 asysty w 19 minut), ale przynajmniej ma stałe miejsce w składzie i na zmianę miejsca pracy się nie zanosi. Choć pewnie i tak 25 marca w rodzinie Isha nie obędzie się bez nerwów. Właśnie tego dnia w obecnym sezonie zamyka się okno transferowe.

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, NBA

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2021-02-02

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved