Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Filip Dylewicz: Chciałbym grać w nieskończoność, ale kiedyś trzeba przestać

Filip Dylewicz: Chciałbym grać w nieskończoność, ale kiedyś trzeba przestać

fot. Andrzej Romański - plk.pl

– Mam różne dni. Są takie, że ciężko mi podnieść się z kanapy. Mam też takie, że czuję się świetnie, jakbym miał z 10 lat mniej. One się przeplatają. Może to czas, żeby wyhamować? Żeby zostać przy koszykówce, ale na innej płaszczyźnie? Chciałbym grać w nieskończoność, ale kiedyś trzeba przestać. Czytam internetowe fora, każdą opinię na swój temat biorę do siebie – mówi w wywiadzie dla serwisu interia.pl Filip Dylewicz.

Niech zgadnę – koszykówka dlatego, bo „Dream Team” z IO w Barcelonie i „Hej, tu NBA” Włodzimierza Szaranowicza?



Filip Dylewicz:Nie, nie, kompletnie nie! Kiedyś prawie w ogóle nie oglądałem koszykówki. Teraz trochę częściej ze względu na syna, który bardzo lubi NBA i utożsamia się z zawodnikami, dla mnie to nowy punkt spojrzenia na tę dyscyplinę. Nie jestem osobą,  która nie może doczekać się jakiegoś meczu, która zarywa nocki, zrywa się o 4 nad ranem, by zobaczyć finał NBA. To nie ja. Bardziej interesują mnie cztery kółka, motoryzacja. Koszykówkę traktuję jak pracę, oczywiście nie jest tak, że gram na siłę i wbrew sobie. Gdyby tak było szybko bym się wypalił, nie osiągnąłbym tyle i na pewno nie grałbym do 41. roku życia. Wciąż mam w sobie pierwiastek miłości do koszykówki, nie jest to jednak pasja. Może dlatego wciąż gram? Nie narzucałem sobie nigdy presji i ciężaru, że muszę być koszykarzem na jakimś superpoziomie.

Takie podejście kojarzy mi się z bramkarzem Arturem Borucem, który miał okres, w którym wręcz szczycił się, że nie wie, z kim gra następny mecz. Jest niecały miesiąc młodszy od ciebie i też wciąż gra.

– Takie miałem podejście, gdy graliśmy w Eurolidze. Ważne było, co ja przedstawię, a nie, co zaproponuje rywal. Gdybym miał głowę przeładowaną informacjami na temat graczy ze ścisłego europejskiego topu, mógłbym ze strachu nie wyjść z szatni. Niewiedza czasem pomaga, nie czujesz wtedy respektu.

Początki Prokomu Trefla Sopot w Eurolidze to nabita do granic Hala Olivia. Spore wydarzenia w skali regionu, a nawet kraju. Rywale to ścisły europejski top, może warto było się nimi zainteresować?

– Bez sprawdzania wiedziałem, że naprzeciw mnie stanie kozak. Graliśmy przeciw największym drużynom kontynentu: Panathinaikos Ateny, Olympiakos Pireus, Żalgiris Wilno, Armani Mediolan, Partizan Belgrad. Dziś opowiadam kolegom z Arki o tych meczach, dla nich to niewyobrażalne, że mogłem stanąć przeciw taki asom. Oni są zamknięci na ligowym, polskim rynku, bez wielkich szans na rywalizację na kontynentalnym topie. Ja miałem okazję skosztować tego najwyższego poziomu i mam nadzieję, że wstydu nie przyniosłem.

Nie zarywasz nocy dla koszykówki, więc pewnie nie pamiętasz debiutu. Ligowego meczu numer 1 z dotychczasowych 672.

– Oczywiście, że pamiętam! Pierwsze punkty rzuciłem w Pruszkowie.

Brawo! W składzie Trefla był m.in. niedawny trener Arki Przemysław Frasunkiewicz. Po drugiej stronie m.in. dotychczasowy rekordzista ligowy, Dariusz Parzeński.

– Nie jest aż tak źle z moim twardym dyskiem. Pierwszy raz się zapamiętuje! (śmiech). Dlatego też pamiętam pierwszego kosza w oficjalnym meczu Trefla Sopot. Graliśmy w Gdyni sparing ze Śląskiem Wrocław. Zdobyłem punkty po „trójtakcie”, miałem 17 lat, duże uszy, byłem chudy jak szczapa i śmiesznie wyglądałem. Na osiedlu w rodzinnej Bydgoszczy jeden starszy chłopak nazywał mnie „Wieszak” (śmiech). „Zielony”, gwiazda polskiej koszykówki, odwrócił się do mnie po tym celnym rzucie: „Ty młody, ile tam sędziemu dałeś, żeby nie gwizdnął kroków?”. Byłem w szoku, że Maciej Zieliński, którego znałem tylko z TV, do mnie się odezwał.

Długo mówiło się o tobie: „Młody, zdolny, perspektywiczny”.

– Gdy przyjechałem do Sopotu z Bydgoszczy, mając 17 lat, tak o mnie mówiono. Gdy miałem 23 lata – wciąż to samo, 27 lat – cały czas to słyszałem! 32 lata – już tylko zdolny i perspektywiczny. Dostałem metkę. Dziś, mam 41 lat i jestem już tylko perspektywiczny (śmiech).

Na początku XXI wieku w Prokomie Treflu Sopot zrobił się „Dream Team” jak na polskie warunki, dla ciebie zabrakło miejsca i poszedłeś na wypożyczenie do Pruszkowa. Byłeś zły, że nie grasz?

– Czas leciał, chciałem sprawdzić samego siebie. Byłem członkiem bardzo mocnej drużyny, pokazałem przebłyski, ale nie byłem systematyczny. Nie było dla mnie minut na boisku, skład nie jest gumy, jak gra jeden, nie gra drugi. Wypożyczenie było po to, by więcej grać, by ustabilizować formę na przyzwoitym poziomie, sprawdzić samego siebie. Wypożyczenie było moją inicjatywą. Pamiętam tę chwilę, wciąż mieszkałem w klubie, przy Armii Krajowej w Sopocie, gdzie była fabryka puzzli Trefla. To był ostatni dzień okna transferowego, wybrałem numer prezesa, on myślał o tym samym. Wypożyczenie do Pruszkowa dało mi bardzo wiele, wróciłem mocniejszy. W ogóle cała moja kariera jest zbiegiem niesamowitych zdarzeń. Weźmy rok 1999, gdy kupiłem alfę romeo trenera Arkadiusza Konieckiego, która okazała się totalnym „szrotem”. Trener zapomniał mi powiedzieć, że to tak naprawdę są dwie alfy romeo. Auto miało telefon w środku i welurowe fotele, a ja miałem 19 lat. Poza pieniędzmi, które po prostu dostałem wcześniej, kosztowało mnie to przedłużenie kontraktu o kolejne cztery lata w Treflu. Gdybym nie zrobił tej, bądźmy szczerzy, głupoty, nie wiem czy byśmy dziś rozmawiali przy okazji mojego rekordu. Jakbym miał to zaplanować, nie byłbym w stanie. W moim przypadku, jestem już 23 lata w Ekstraklasie. Za mną 672 mecze, następny będzie rekordowy.

Jak to brzmi!

– Prawda? Abstrakcja, kosmos! Z jednej strony ludzie mają dla mnie podziw: masz 41 lat i wciąż biegasz, szacunek! Z drugiej, czasem sportowcy przedłużają karierę na siłę, odcinają kupony i wygląda to niesmacznie. Staram się za wszelką cenę nie wyglądać jak oni!

Udaje się. Skład Asseco Arki mocno się posypał i w ostatnich meczach jesteś zawodnikiem, który spędza na boisku wiele minut. Bez ironii – jesteś podporą zespołu!

– Moi bydgoscy przyjaciele z lat dziecinnych mówią dziś, że byli pewni że będę sportowcem. Miałem predyspozycje. Każdy się urodził w jakimś celu, tak jest świat zbudowany. Dostajemy w życiu szanse, od nas zależy czy z nich skorzystamy. Na marginesie, w tym że gram w kosza jest wiele przypadku. Trenowałem piłkę nożną (jedyna dyscyplina, która mi nie wychodziła), kajakarstwo, ale zniechęciłem się po którymś wpadnięciu do zimnej i zanieczyszczonej ściekami Brdzie. Do 17. roku życia, wychowywała mnie babcia, która pracowała na basenie Astorii Bydgoszcz. Od słowa do słowa wygadała się trenerowi koszykówki, że ma wnusia, który pochłania bochen chleba na raz, jest duży i wciąż rośnie. Mija 30 lat i wciąż gram w kosza. Gdyby wtedy babcia spotkała trenera siatkówki, pewnie zostałbym siatkarzem.

Drużyna Prokomu Trefla z pierwszej dekady XXI wieku zdobywała mistrzostwa Polski taśmowo. Czy to był samograj?

– Nie ma drużyn samograjów. Potrzeba sternika. To byłoby za proste, ściągnij supergraczy, to będziesz wygrywał. Niestety, to tak nie działa. Bycie trenerem to złożony i skomplikowany proces, zarazem bardzo ciekawy. Trzeba przelać swoją wizję gry na 12 zawodników – ten temat mnie nakręca.

Grając w Eurolidze, rozgrywki ligi polskiej pewnie bywały łatwe.

– W czasach Ryszarda Krauze, dzięki któremu mieliśmy budżet na europejskim poziomie, zdobywaliśmy „tylko” mistrzostwa Polski i Top 16. Mało. Powinniśmy być w „Elite 8”. Zawodowym sportem rządzą budżety, to one pozwalają na rozwój klubu, wejście drużyny na wyższy poziomu. Dzięki Panu Ryszardowi Krauze mogę opowiadać kolegom, z kim miałem przyjemność grać, i kogo spotkać naprzeciw siebie.

Rozgrywki Euroligi kojarzą się też z twoim pozytywnym testem dopingowym. Co się wtedy stało? Za mocno pochłonął cię tzw. „Sopot”?

– Z perspektywy czasu jest to dla mnie ciężki temat i nie chciałbym nic o nim mówić. Minęło wiele lat i bardzo dużo się zmieniło.

Jak to się skończyło?

– Byłem w Barcelonie tłumaczyć się przed władzami Euroligi. Dostałem trzy miesiące zawieszenia. Moment, który pomógł mi wiele rzeczy zrozumieć.

Mówiliśmy o pierwszym razie, który jest najlepszy i najbardziej pamiętny. Czy pierwszy tytuł mistrzowski dla Prokomu Trefla Sopot był najlepszy?

– Każde mistrzostwo to ukoronowanie sezonu, podsumowanie pracy, zawodnik się dowartościowuje, czuje się spełniony. Pięć mistrzostw z rzędu – to chyba coś znaczy.

Po rozstaniu Prokomu z Treflem wyjechałeś do Włoch.

– Miałem fajny kontakt z Milanem Guroviciem, dostałem propozycję współpracy z agencją reprezentującą właśnie Serba. Mieszkaliśmy w fajnym miejscu, nie żałuję wyjazdu do Avellino. To było łechcące, że klub zagraniczny zainteresował się polskim koszykarzem, niewielu naszych zawodników grało poza Ekstraklasą. Skorzystałem z okazji, kilka fajnych meczów na początku, potem po kontuzji kciuka nie mogłem się odnaleźć w drużynie. To co przynosiło efekt dla drużyny w Polsce, zupełnie nie zadziałało we Włoszech. Wydaje się, że wyjechałem za późno, dopiero koło trzydziestki. 13 lat byłem w jednym miejscu, za długo.

Kadra Polski – tu nie osiągnąłeś spełnienia jak w klubie. Czemu nie wyszło?

– Miałem pecha. W czasie, gdy aspirowałem do kadry na mojej pozycji mieliśmy Wójcika, Tomczyka, Szewczyka, Gortata, Lampego, Ignerskiego, Witkę i mnie. Nawet dla osoby niezainteresowanej koszykówką są to nazwiska znaczące. Od każdego z nich w oczach szkoleniowców (poza trenerem Urlepem) byłem słabszym zawodnikiem. W pewnym momencie stwierdziłem, że nie ma sensu poświęcać dwóch letnich miesięcy na przygotowania, jeśli i tak w kadrze nie będę grał? Urodziłem się w złym momencie. Dzisiaj w reprezentacji miałbym nieco większe szanse, ale to przeszłość i cieszę się bardzo z sukcesów reprezentacji i tym co prezentują nasi zawodnicy w zagranicznych ligach.

W trakcie kariery twoja pozycja na boisku uległa zmianie. Jako młody chłopak biłeś się pod koszem, z biegiem czasu cofnąłeś się na obwód.

– Jako młody gracz byłem chudy, wchodziłem pod kosz, często penetrowałem, wiele akcji kończyłem z góry. Później zacząłem grać pod koszem. Na stare lata „przebranżowiłem się”, poszedłem na obwód, obecnie zawodnicy na pozycji „nr 4” grają na obwodzie i jest mi to na rękę. Każdy element koszykówki mam w jakimś stopniu opanowany, ale nigdy nie miałem ich jednocześnie. Gdybym miał, grałbym za oceanem. Gdy zaczynałem, grało się dwie połowy po 20 minut, było 30 sekund na akcję, można było przedziałek poprawić w międzyczasie, żeby dobrze wyjść na zdjęciu. Koszykówka ewoluuje, cieszę się, że wciąż w tym jestem. Przykro mi tylko, że tak szybko zleciało.

Z dystansu rzucałeś w nietypowy sposób, ale często wpadało.

 – Trafienie rzutu nie zależy od techniki. To jest stan pewności siebie, wiary. Zawsze rzucasz tak samo, to czy trafisz zależy od głowy. Czy rzucając wątpisz, czy masz czystą głowę? Gdy się wahasz, czy podjąłeś dobrą decyzję rzucając, nie trafisz nigdy. Oczywiście po rzucie jest czas na refleksję i wnioski – czy podjąłem słuszną decyzję?

Nie jest możliwe, żebyś pamiętał wszystkie 672 mecze w lidze, ale który okres w twojej karierze był najlepszy?

– Ciężko to określić. Był taki moment, gdy czułem się tak mocny, że obojętnie kto stawał naprzeciwko, to go miażdżyłem. Miałem ogromną pewność siebie, ciało za tym nadążało, czułem się, jak pan i władca. W okolicach 2007-8 roku. Niestety, to trwało jedynie około trzech miesięcy (śmiech). Ale naprawdę było warto!

źródło: interia.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, Energa Basket Liga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2021-01-23

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved