Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Dziesiąty finał LeBrona Jamesa, tym razem przeciwko trenerowi Spoelstra

Dziesiąty finał LeBrona Jamesa, tym razem przeciwko trenerowi Spoelstra

fot. clutchpoints.com

Udział Los Angeles Lakers w finale NBA nie jest zaskoczeniem. Z perspektywy przedsezonowej wręcz za sensację należy natomiast uznać to, że ich rywalem zostali Miami Heat.

Od rozpoczęcia rozgrywek, które ruszyły prawie rok temu Lakers byli faworytem do mistrzostwa i nic się nie zmieniło. Po ubiegłorocznej klapie bez udziału w play-offach klub dopilnował, żeby kolejnej okazji nie zmarnować. Nie po to w 2018 roku sprowadzono największą gwiazdę NBA LeBrona Jamesa, żeby plątać się w ogonie tabeli Zachodu. Mądre transfery zaowocowały sukcesami, a najważniejszym ruchem było pozyskanie z New Orleans Pelicans czołowego podkoszowego ligi Anthony’ego Davisa. Żaden inny zespół nie ma teraz lepszego duetu gwiazd i nieprzypadkowo James i Davis zostali wybrani do najlepszej piątki sezonu.



Na razie żadna z drużyn grających przeciwko nim w play-offach nie zdołała ich zatrzymać nawet w niewielkim stopniu. Niech statystyki z niektórych spotkań nie mylą. LeBron jest w takim momencie kariery, że włącza „turbo”, gdy drużyna tego potrzebuje i jeśli np. w jednym z meczów z Portland Trail Blazers zdobył tylko 10 punktów grając ledwie 27 minut, to nie przez niesamowitą defensywę rywali, ale dlatego, że Lakers nie potrzebowali go do pewnej wygranej. Mając u boku Davisa (i kilku innych sprawdzonych w boju weteranów) może sobie pozwolić na ten komfort, by usunąć się trochę w cień. Ale gdy była potrzeba, to nie miał kłopotu z tym, by przejąć kontrolę nad meczem.

LBJ dobrze wie, że sam awans do finału jeszcze nic nie znaczy. Zagra w nim po raz dziesiąty, ale z dotychczasowych przegrał aż sześć. Te finałowe porażki często są mu wypominane, podobnie jak liczne (dokładnie trzy) zmiany klubów w poszukiwaniu szansy walki o pierścień. Gdyby jednak udało mu się zwyciężyć w barwach Lakers, to na pewno dołożyłby do swojej legendy ważny klocek. Wcześniej tylko Robert Horry i John Salley byli mistrzami w barwach trzech różnych zespołów, ale z całym szacunkiem dla nich są graczami z zupełnie innej półki. Dość powiedzieć, że Salley w play-offach mistrzowskich sezonów w Chicago Bulls (1996) i Los Angeles Lakers (2000) zdobył w sumie 31 punktów.

James ma na razie trzy mistrzostwa, w tym jedno w barwach Cleveland Cavaliers, a dwa wywalczone z Miami Heat w latach 2012-2013. Na Florydzie spędził w sumie cztery sezony, każdy kończył się udziałem w finale. Odszedł po ostatnim przegranym. Poza niegrającym weteranem Udonisem Haslemem jego kolegów z parkietu nie ma obecnie w zespole Heat, ale są tam dwie inne ważne osoby, czyli prezydent Heat Pat Riley oraz trener Erik Spoelstra. – Byłem bardzo zły, gdy odszedł. Potraktowałem to osobiście – powiedział kilka lat temu Riley dodając wtedy, że w Heat James miał tak dobrą sytuację i otoczenie, że mógł w kolejnych sezonach dokonać historycznych rzeczy.

W mediach pojawiały się pogłoski o tym, że James w trakcie pobytu w Miami chciał zmiany trenera, ale Riley zdecydowanie nie chciał się na to zgodzić i powiedział koszykarzowi, że to on podejmuje decyzje. Spoelstra przez cały czas miał poparcie władz klubu, chociaż gdy James przechodził do Heat, to nie brakowało osób wątpiących w to, czy poradzi sobie jako trener zespołu gwiazd. Wcześniej przez ponad dekadę pełnił różne funkcje w Heat, a w roli pierwszego szkoleniowca pracował ledwie od 2008 roku. Tymczasem James i Heat ze Spoelstrą osiągali bardzo dobre wyniki, a trener pozostał na stanowisku do dzisiaj i obecnie jest drugim najdłużej (po Greggu Popovichu z San Antonio Spurs) zatrudnionym w jednym zespole. Co więcej – teraz jest powszechnie ceniony i uważany za jednego z czołowych strategów w lidze. Wygrana w tym roku z drużyną Jamesa na pewno dałaby mu dodatkową satysfakcję.

Ale chociaż Heat podkreślają, że nie zamierzają się zadowolić udziałem w finale, to sam awans do niego jest dla nich dużym sukcesem. Owszem, w połowie sezonu dokonali transferów z myślą o walce o mistrzostwo, lecz tak naprawdę mało kto w nich wierzył przed play-offami. Startowali do nich z piątej pozycji, wyeliminowali pewnie trzy wyżej notowane drużyny. Nie sposób nie zwrócić uwagi na to, że na pewno pomogło im rozgrywanie wszystkich meczów na neutralnym terenie w Walt Disney World w Orlando, ale z drugiej strony na razie przegrali przecież ledwie 3 z 15 spotkań. O gustach niby się nie dyskutuje, lecz nie brakuje opinii, że po obu stronach parkietu prezentują w ostatnich tygodniach najładniejszą, najbardziej zespołową koszykówkę. Jako jedna z niewielu drużyn stosują obronę strefową, a w ataku aż 66% ich trafionych rzutów wiąże się z asystami. W rundzie zasadniczej tylko dwa zespoły miały wyższy wskaźnik, w play-offach jeden – wyeliminowani po czterech porażkach w pierwszej rundzie Brooklyn Nets.

Siłą Heat jest wyrównany zespół, o czym świadczą dobrze chociażby te najprostsze statystyki. W 15 meczach play-offach mieli aż 5 różnych najlepszych danego dnia strzelców, w zespole Lakers to zawsze Davis albo James. Spoelstra nie bał się odważnych decyzji, bo już w Walt Disney World na ławce wylądowali środkowy Meyers Leonard i obwodowy Kendrick Nunn (drugi w głosowaniu na debiutanta sezonu!), którzy wcześniej wychodzili w pierwszej piątce i mieli ważne role. W ostatnich tygodniach w Heat sformowała się żelazna szóstka, która najczęściej gra ze sobą. To weterani Goran Dragić (niespodziewanie najlepszy strzelec drużyny w play-offach), Jimmy Butler i Jae Crowder oraz rewelacyjni młodzi Bam Adebayo, Tyler Herro i Duncan Robinson. Tym siódmym jest były MVP finału Andre Iguodala, który zagra w finale po raz szósty z rzędu i dużo wie o obronie przeciwko Jamesowi, więc może dostać więcej minut.

Heat wyglądają na zespół, który – w przeciwieństwie do wiekowych Lakers – ma podstawy, by myśleć o walce o kolejne finały przez najbliższą kilka lat. Te podstawy to przede wszystkim Adebayo, Herro, Robinson, a nawet jeszcze nie tak stary Butler. Ale właśnie on może być najbardziej zdeterminowany, bo bardzo długo czekał na takie środowisko i taką okazję. Przez ostatnie trzy lata ciągle zmieniał kluby i nie mógł dogadać się z różnymi zawodnikami i trenerami, a wśród przyczyn takich sytuacji leżało ich nieodpowiednie podejście do treningów. W Miami wreszcie trafił idealnie i nagle wygląda na idealnego kolegę z zespołu. Już poprawił swoją reputację, a mistrzostwo byłoby wisienką na torcie.

źródło: Przegląd Sportowy

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, NBA

Tagi przypisane do artykułu:
, , , ,

Więcej artykułów z dnia :
2020-09-30

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Koszykówki All rights reserved