Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Dominik Tomczyk: Nie chciałem się rozdrabniać i biegać w niższych ligach

Dominik Tomczyk: Nie chciałem się rozdrabniać i biegać w niższych ligach

fot. wks-slask.eu

– Podszedł do mnie skaut z Portland, zagadał, dał wizytówkę i powiedział, że ma mnie na oku. Ale to nie było takie łatwe, bo Sabonisa ściągali parę lat, więc dlaczego mieliby pozyskać Dominika Tomczyka? – opowiada były reprezentant Polski, który 15 kwietnia 2021 roku obchodził 47. urodziny.

Miał pan konflikt z PZKosz?



Dominik Tomczyk:  Miałem mnóstwo konfliktów, ale w tamtych czasach wszystko się rozmywało, bo zawodnik nie miał instrumentów, żeby coś z tym zrobić. Mogłem wyrazić swoje niezadowolenie, ale jak chciałem coś mocniej wyartykułować, to kończyło się zastraszaniem. I tyle.

Czego dotyczyły te konflikty?

– W pewnym momencie nie chciałem grać w kadrze ze względu na zdrowie. Wówczas były okienka na mecze reprezentacyjne, teraz wrócono do tego po paru latach. Wiadomo, że reprezentacja jest bardzo ważna, ale byłem bardzo mocno eksploatowany, a nikt o moje zdrowie nie dbał. Miałem urazy, a w kadrze nie zarabiało się żadnych pieniędzy.

Nie było dniówek?

– Praktycznie nie… Jak tak myślę, to czasem się zdarzały, ale były to pojedyncze przypadki. Mieliśmy obiecane premie za awanse na duże imprezy, ale niestety rzadko to się udawało. Nasz jedyny sukces, to wspominane ciągle siódme miejsce w Barcelonie na mistrzostwach Europy. Później już nie było takiego wyniku, aż do zeszłego roku i mistrzostw świata w Chinach. Dla nas gra w kadrze, oprócz reprezentowania kraju, była też oknem wystawowym, bo nasze zespoły rzadko grały w europejskich pucharach. Chcieliśmy grać dla kraju, ale narażaliśmy swoje zdrowie bez żadnej bonifikaty. I tak zawsze kończyło się na tym, że grałem.

 O ubezpieczeniach pewnie nie było mowy?

– Jakich ubezpieczeniach? Pamiętam, że raz się ubezpieczyłem. Jak odniosłem kontuzję to się okazało, że taniej by wyszło jakbym opłacił leczenie z własnej kieszeni.

Dlaczego?

– Bo to ubezpieczenie było takie drogie! To nie było tak, że płaciło się tysiąc złotych, a później pokrywano koszty leczenia, które wynosiły 20 tysięcy. Nie wiem jak w tej chwili wyglądają ubezpieczenia, ale wiem jakie są koszty leczenia i wątpię, że którakolwiek z firm ubezpieczeniowych zwraca sto procent kosztów leczenia.

Mamy spór między Adamem Waczyńskim i prezesem PZKosz Radosławem Piesiewiczem. Kto ma rację?

– Trudno powiedzieć. Prawda pewnie leży po środku. Bardzo niedobrze, że zrobiła się z tego sprawa medialna, bo po sukcesie, który mieliśmy latem, teraz wszyscy mówią o tym, co dzieje się poza boiskiem, jednak z pewnością w tym momencie nie wyobrażam sobie reprezentacji Polski bez Adama Waczyńskiego.

Mamy konflikt bez rozegrania meczu…

– I ten konflikt zawodników ze związkiem trwa od jakiegoś czasu. Bo wcześniej był Marcin Gortat czy Maciej Lampe, teraz Adam Waczyński. Można zapytać kto następny? Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że ci zawodnicy w ogóle mogą pozwolić sobie na otwarty konflikt z PZKosz. W moich czasach mógłbym już nie zagrać na wysokim poziomie, gdybym oficjalnie skrytykował związek. Zamknęliby mi drzwi do kariery.

Aż taki mieli wpływ?

– To były czasy świeżo po zmianie ustrojowej, ale jeszcze pewne przyzwyczajenia z dawnego systemu zostały…

Gdyby nie liczne kontuzje, osiągnąłby pan więcej?

– Pewnie tak, ale mimo tych kontuzji zawsze udawało mi się dojść do optymalnej formy. Trzeba też pamiętać, że leczenie było na zupełni innym poziomie niż dzisiaj. Od tamtego czasu zmieniła się i koszykówka, i medycyna. Mam znajomych, którym w przeszłości robili operację więzadeł krzyżowych rozcinając całe kolano. Teraz robią trzy małe otwory, wjeżdża kamerka i wszystko widać. Na szczęście już się na to załapałem. Z drugiej strony połowa moich operacji była zupełnie niepotrzebna. Czasami można było trafić na lepszego lekarza lub podjąć inną decyzję. To też przerażające, że wtedy decyzję trzeba było podjąć samemu – o wyborze lekarza i o ostatecznym wykonaniu operacji. To ja decydowałem czy wykonać zabieg, czy może jeszcze poczekać. Miałem 20 lat, patrzyłem na lekarza, trenera, prezesa, ale decyzję musiałem podjąć sam. Absurd. Na szczęście ostatni mecz w karierze zagrałem w pełni zdrowia, normalnie zakończyłem sezon. Nie chciałem się rozdrabniać i biegać w niższych ligach.

 Chodziło o zdrowie?

– Też. Przecież w I lidze nie skacze się połowę niżej, nie biega się dwa razy wolniej. Oczywiście poziom jest dużo niższy, ale serca, zdrowia i umiejętności trzeba zostawić tyle samo. A czasami nawet więcej, bo trudniej gra się z zawodnikami, którzy potrafią mniej. Nie każdy się w tym odnajduje, czego doświadczył w tym sezonie choćby Filip Dylewicz. Zszedł szczebel niżej, stwierdził, że to nie dla niego i wrócił do ekstraklasy.

Całą karierę spędził pan w Polsce. Były oferty wyjazdu za granicę?

– Było o to dużo trudniej niż teraz, bo na Zachodzie mogło grać tylko dwóch zawodników spoza Unii Europejskiej i byli to zazwyczaj Amerykanie, dlatego do nas podchodzono z niechęcią. Chociaż jakieś propozycje były. Ale o zainteresowaniach dowiadywaliśmy się jak jeździliśmy za granicę na mecze pucharowe. Wówczas tamtejsze media robiły charakterystykę wszystkich zawodników i stamtąd dowiadywałem się np. że interesują się mną kluby z NBA. Myślałem sobie „kto się mną interesuje? Skąd oni mają takie informacje”? Pamiętam też turniej międzynarodowy we Wrocławiu, jakoś po rozpadzie Jugosławii, bo zostały zaproszone reprezentacje tych krajów. Wtedy podszedł do mnie skaut z Portland, zagadał, dał wizytówkę i powiedział, że ma mnie na oku. Ale to nie było takie łatwe, bo Sabonisa ściągali parę lat, więc dlaczego mieliby pozyskać Tomczyka? Myślę, że w dzisiejszych czasach dostałbym szansę, ale czy grałbym w NBA? Trudno powiedzieć.

Którego trenera postawiłby pan za wzór?

– Ostatnio zadałem sobie trud i policzyłem ilu miałem trenerów w swojej karierze. Wyszło około 30. W gruncie rzeczy rzadko bywało, żeby jeden szkoleniowiec wytrwał od początku do końca sezonu. Pierwszą ikoną trenerską był Arkadiusz Koniecki. Przyszedł do Śląska już po pracy z reprezentacją i zaczął odnosić sukcesy z naszą młodą drużyną. Strasznie dociskał śrubę. Później u żadnego trenera nie pracowałem tak ciężko, nawet u Andreja Urlepa, który też z tego słynął. Teraz ten trening jest zupełnie inny. Jednostek też jest dużo, ale mniej jest koszykówki, a większą wagę przykłada się do motoryki, dynamiki, co widać w grze. Kiedyś nie było takiej świadomości. Człowiek przychodził, brał piłkę i rzucał przed treningiem. To też nie było złe, bo oddało się kilkadziesiąt rzutów więcej, ale teraz mamy wałki, gumy. Poprawia się elastyczność mięśni. To już nie jest zwykłe rozciąganie. Oczywiście muszę wymienić też trenera Urlepa, który przywiózł do Polski kanon koszykówki jugosłowiańskiej. Niektórym trudno było się przestawić, ale wielu zawodników i trenerów do dziś czerpie od niego wzorce, choć też pomału zaczyna się to zmieniać. Ale w tamtym czasie to był przełom i Urlep diametralnie zmienił polską koszykówkę. Nie wiem jak jest teraz, ale pamiętam, że Jacek Winnicki czerpał wzorce od Urlepa. Niemal przekładał to samo do swoich treningów. Trener Andrzej Adamek również. Obaj byli jego asystentami.

Andrej Urlep to niesamowita postać. Świetny szkoleniowiec, ale miał wiele swoich dziwactw. Pamięta pan jakieś?

– Zabawne były odprawy. Teraz wiadomo – podłącza się pendrive’a i nie ma kłopotu. Kiedyś trener Winnicki przygotowywał analizy wideo i miał cztery magnetowidy, musiał przerzucać te kasety. Urlep miał pilota – przewijał, stopował i tak w kółko. Wiadomo, że te baterie w końcu się wyczerpywały i jak tylko coś mu przestało działać, robił tę swoją skwaszoną minę i krzyczał „Jacek, Jacek”! (śmiech) Jakby Winnicki mógł mu coś poradzić. Trzeba było wymienić baterię i tyle. Często się z tego śmialiśmy. Pamiętam też inną jego przypadłość. Nienawidził zielonego koloru…

Dość dziwne jak na trenera Śląska (śmiech).

– No właśnie! Jak robił analizę i coś sobie przypomniał, podchodził do tablicy, zaczynał pisać i okazywało się, że to zielony flamaster. Patrzył na Adamka i znów się darł „Andrzej, co to ma być”? (śmiech). Asystent musiał szybko lecieć po inny flamaster. Jak gdzieś na boisku były zielone linie, nie mógł tego przeżyć. Ale najgorzej było z tymi mazakami.

Rozmawiał Adrian Koliński – cały wywiad w serwisie sport.tvp.pl

 

 

źródło: sport.tvp.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, historia koszykówki

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2021-04-16

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved