Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Daniel Ewing: Nie do końca jeszcze jestem świadomy, że nie gram już w kosza

Daniel Ewing: Nie do końca jeszcze jestem świadomy, że nie gram już w kosza

fot. gettyimages

– Nie możesz spocząć na laurach. Gdy idzie ci dobrze, musisz pracować jeszcze mocniej. Bądź przygotowany na to, że każdy sezon może być ostatnim. Przychodząc do NBA byłem przekonany, że zostaje tu na wiele, wiele lat. Życie szybko zweryfikowało te plany – mówi Daniel Ewing, były gracz m.in Arki Gdynia i Los Angeles Clippers, który zakończył już sportową karierę. – Nie do końca jeszcze jestem świadomy, że nie gram już w kosza. Muszę wszystko poukładać – przyznaje.

Już po karierze?



Daniel Ewing: Tak – oficjalnie. Mój czas gry już się skończył.

Jakie masz plany?

– Nie mam. Nie do końca jeszcze jestem świadomy, że nie gram już w kosza. Muszę wszystko poukładać. Interesuje mnie dziennikarstwo sportowe, ale jestem otwarty na różne opcje. Być może kiedyś zajmę się szkoleniem, ale obecnie nie ciągnie mnie do tego.

Wracając do sportowej kariery. Jesteś w pełni usatysfakcjonowany?

– Tak. Nie czuję niedosytu. Miałem świetną karierę poza Stanami. Zdobywałem mistrzostwa krajów, grałem w Eurolidze w barwach wielkich klubów. Naprawdę nie mam powodów do narzekania. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że w niektórych sytuacjach można było zachować się inaczej. Były też błędy młodości.

Słuchałem twojej przemowy do młodzieży na campie TJ Forda. Mówiłeś, że twój trener w szkole średniej kładł wielki nacisk na edukację, która miała pomóc ci później w dostaniu się do najlepszych uczelni. Wchodził w grę jakiś plan B na wypadek, gdyby nie powiodło się w baskecie?

– Teraz to trochę śmieszne, bo jestem na takim etapie życia, że tak naprawdę zaczynam wszystko na nowo. Nie jest to może zbyt piękne co powiem, ale wtedy moim planem B był… brak planu B. Byłem nastawiony tylko na koszykówkę. Wielu pytało mnie: co będziesz robił w życiu, jak ci się nie powiedzie? Nie słuchałem takich głosów, tylko jeszcze mocniej harowałem, by spełnić marzenie o grze w NBA. Z perspektywy czasu być może planem B byłoby dziennikarstwo sportowe. Mam gdzieś pochowane zeszyty z wynikami spotkań z wielu sezonów. Miałem „zajawkę” na tym punkcie, która chyba pozostała do dziś.

Zastanawia mnie, dlaczego spędziłeś cztery sezony w NCAA, zamiast jednego lub dwóch, jak to robią czołowi zawodnicy?

– Wiesz, w tamtych czasach to nie było jeszcze takie powszechne. Te praktyki były zarezerwowane tylko dla najlepszych. I to tylko w przypadku, gdy mieli bardzo dobre sezony. Czteroletni pobyt w szkole był normą. Nie miało znaczenia to, jak wysoko media oceniały twoje możliwości.

Rozwinąłeś się, pracując pod okiem trenera Krzyzewskiego? Jest legendą amerykańskiej koszykówki, ale nigdy nie zdecydował się pracować w NBA.

– Jest wielkim szkoleniowcem – to powód dlaczego nigdy nie prowadził zespołu w NBA. Przez dekady miał wiele ofert. Jedna z nich przyszła przed moim ostatnim rokiem studiów. Bez wahania ją odrzucił. On kocha to, co robi w Duke – pracę z adeptami według własnego planu. Dysponuje wspaniałymi warunkami, więc nie ma potrzeby odchodzić. Na zarobki też nie powinien narzekać.

Skoro już wspomniałeś o najlepszej lidze świata. Dlaczego twoja przygoda z nią trwała niecałe dwa sezony?

– Ciężko odpowiedzieć na twoje pytanie. Musiałbyś je zadać tym, którzy w 2007 roku uznali, że nie należy mi się miejsce – trenerowi i sztabowi Los Angeles Clippers. W pierwszym sezonie dostawałem stale minuty. W następnym raptem wszystko się odwróciło. Zacząłem od grywania tu i tam drobnych fragmentów meczów, a skończyło się brakiem jakichkolwiek występów. To był bardzo trudny czas. Trafiłem do zespołu, który nie pasował „świeżakowi” szukającemu rozwoju.

Byłeś zaskoczony poziomem rozgrywek w porównaniu z NCAA?

– Musiałem się do tego dostosować. Wiadomo – NBA to zupełnie inna bajka, lepsi zawodnicy. Nie nazwałbym tego zaskoczeniem. Przygotowywałem się do tego przez lata. W liceum trenowałem, by być gotowy do gry w college’u. Tam przez cztery sezony robiłem wszystko, co miało mi pomóc, gdy przejdę na zawodowstwo. Grałem w Duke przeciwko najlepszym zespołom pod okiem „Coacha K „. Nie wpadłem do głębokiej wody, bo dobrze wiedziałem, co mnie czeka.

A zastanawiałeś się, co by było, gdybyś trafił do NBA kilka lat później, z doświadczeniem zebranym między innymi w Polsce?

– Nigdy o tym nie myślałem, ale odpowiadając na to pytanie – pewnie poszłoby mi lepiej. Kiedy opuściłem NBA, trafiłem za granicę i miałem wiele lekcji jako rozgrywający i playmaker. Jakbym wtedy dostał drugą szansę, to nie czekałbym ani chwili tylko leciał gdzie trzeba. Z perspektywy czasu wiem, że przygoda z ligą byłaby inna, gdyby nie zespół, do którego trafiłem. Jak wspominałem, Clippersi nie byli wtedy klubem stawiającym na rozwój młodych. W innych warunkach mój pobyt tam trwałby dłużej. Po odejściu najkonkretniejsza oferta przyszła z Moskwy. Miałem możliwość pojechać na obóz przedsezonowy do którejś z drużyn NBA, ale jak znasz realia to wiesz, że jest tam duży odsiew. Nikt nie zagwarantuje ci od razu kontraktu. A Rosjanie proponowali dobre pieniądze. To była bezpieczna propozycja. Jechałem z nastawieniem: dobrze, pokaże się tam z jak najlepszej strony, a przy okazji nieźle zarobię. Pogram sezon i wracam do NBA.

Jak wyglądało pierwsze zderzenie z Europą?

– Szok! Nie wiedziałem zupełnie nic o europejskiej koszykówce. Potrzebowałem czasu na adaptację. Musiałem przyswoić inne przepisy i styl gry. Niby wszędzie ta dyscyplina jest taka sama. W różnych regionach świata dominują jednak odmienne filozofie. Nauka przychodziła jednak łatwo. Dzięki regularnym występom zbierałem doświadczenie. Nie ukrywam, że uczyłem się też na błędach. Z biegiem lat, europejska koszykówka miała przede mną coraz mniej tajemnic.

Może basket na Starym Kontynencie jest niedoceniany w Stanach?

– Troszeczkę, lecz nastąpiła ogromna zmiana w ostatnich kilkunastu latach. Na początku XXI wieku mało kto w USA znał się na koszykówce w Europie. Czołowi zawodnicy pozostawali dla Amerykanów anonimowi. Tylko nielicznym udawało się przebić tę barierę. Dziś, co roku, trafia do NBA wielu zagranicznych. Nie są tylko uzupełnieniem szerokich kadr. Część z nich stanowi o sile zespołów. NBA zglobalizowała się. Każdy amerykański koszykarz ma szacunek wobec europejskiego basketu.

Prokom, do którego przychodziłeś, był jedną z najlepszych drużyn w historii naszej koszykówki klubowej. W składzie byli między innymi twoi rodacy: Qyntel Woods i David Logan. Amerykanie mieli własną grupę, czy cały zespół trzymał się razem?

– Myślę, że tworzyliśmy bandę, gdzie każdy mógł liczyć na każdego. Oczywiście, z niektórymi łączyła nas słabsza więź, z innymi mocniejsza. To normalne. Nie było jednak wojen. Wspólnie wychodziliśmy do restauracji lub inne spotkania. Może w pierwszym roku, gdy jeszcze niezbyt się znaliśmy, był lekki podział. Potem każdy zdał sobie sprawę, że jesteśmy silni i powstała jedna grupa. Dwa kolejne sezony były przyjemnością.

Trener Tomas Pacesas mówił, że wielkie kluby w Eurolidze nie doceniały Prokomu, bo był z Polski, gdzie koszykówka nie jest na wysokim poziomie. Zgodzisz się?

– To jest bardzo prawdopodobne. Wychodzi tu jednak też europejski sposób myślenia. Tak zwane „wielkie zespoły” mają duże budżety, więc są lepszymi klubami. To tak nie do końca działa. Świetnym przykładem są mecze z Olympiakosem w TOP 8 Euroligi 2010 roku. Nasi fani byli wtedy niesamowici, ale pamiętam też pewien baner z zestawieniem finansów klubowych. Sens w nim był taki, że Grecy powinni nas łatwo pokonać. To, że masz więcej pieniędzy nie oznacza jednak, że masz lepszych zawodników. Taka jest mentalność Europejczyków. Niemniej muszę zgodzić się, że widoczne było nastawienie rywali, że jesteśmy akurat z Polski – kraju, którego rozgrywki są mało znane.

Oprócz Euroligi rywalizowaliście w Polskiej Lidze Koszykówki, wielokrotnie dominując w rozgrywkach. W 2011 roku zostałeś wybrany MVP finałów. Może mieliście wrażenie, że ta liga jest dla was za łatwa?

– Była łatwa, ale tylko dlatego, że byliśmy utalentowani. Nie chcę wypowiadać się o poziomie innych drużyn, ty sam wiesz lepiej. Tworzyliśmy niesamowity kolektyw, niszczący wszystko, co stało na drodze. A dołączali do nas sami pracowici i zdeterminowani, dający z siebie wszystko. To sprawiało, że w PLK szło nam niesamowicie. Tak łatwo nie było już jednak w finałach ligi w 2011 roku. Rywale (Turów Zgorzelec – przyp. M.W) postawili twarde warunki. Z moich lat w Polsce, to ówczesne Asseco było najsłabszym Asseco. Straciliśmy także największe gwiazdy – Logana i Woodsa. Spoczywała już na mnie zupełnie inna odpowiedzialność. Musiałem jeszcze mocniej pracować. To się opłaciło. Dostałem nagrodę.

Po odejściu z Gdyni w żadnym klubie nie grałeś dłużej niż sezon. Nie stanowiło to problemu?

– To jest pochodna gry w Europie. Sezony w wielu ligach się różnią. W trakcie rozgrywek zmianom ulega klubowy budżet. Nie wiesz, czy zespół będzie ci płacił, czy nie. Musiałem dostosowywać się do sytuacji. Wiem, że to wygląda dziwnie: o, po Polsce to nigdzie nie grał dłużej niż rok. Tak wyglądała moja kariera. Co mam więcej powiedzieć…

A gdybyś mógł zabrać coś z europejskiego basketu do Stanów, co to by było?

– Chyba już nie ma co brać. Koszykówka się zglobalizowała. Jest coraz mniej różnic, jeśli chodzi o grę na różnych kontynentach. Widzimy teraz jaki wpływ na NBA mają europejscy zawodnicy. Przychodzą do nas bardzo dobrze wyszkoleni. Nawet centrzy nie są już tylko wysokimi i silnymi chłopami do zbiórek i łatwych punktów. Mają również bardzo dobre wyszkolenie techniczne. NBA, przynajmniej od dekady, czerpie bardzo dużo z Europy.

Co Daniel Ewing powiedziałby wybranemu w drafcie przez Clippers 22-latkowi z Milton, gdy ten rozpoczyna seniorską karierę?

– Dzisiejszy Daniel powiedziałby tamtemu, że w życiu nic nie jest zagwarantowane. Nie możesz spocząć na laurach. Gdy idzie ci dobrze, musisz pracować jeszcze mocniej. Bądź przygotowany na to, że każdy sezon może być ostatnim. Przychodząc do NBA byłem przekonany, że zostaje tu na wiele, wiele lat. Życie szybko zweryfikowało te plany. Wykorzystuj więc każdą szansę jaką otrzymasz i bądź wdzięczny za każdy dobry moment, który się przytrafi. Nic bowiem nie dostaniesz za darmo.

Rozmawiał Michał Winiarczyk – cały wywiad w serwisie sport.tvp.pl

źródło: sport.tvp.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, inne

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2020-09-30

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Koszykówki All rights reserved