Strefa Koszykówki
Strona Główna > Aktualności > Ben Simmons – bohater największej letniej dramy w NBA

Ben Simmons – bohater największej letniej dramy w NBA

fot. yahoo.com

Choć nie umie trafiać do kosza inaczej niż spod obręczy, pięć lat temu na swego następcę namaszczał go sam LeBron James. Choć pragnęłoby mieć go w składzie pół ligi, on od tygodni nie może znaleźć klubu. Z tej listy paradoksów jedno jest pewne – Ben Simmons to bohater największej letniej dramy w NBA.

Dramy, a ściślej: najgłośniejszego rozstania, które wydaje się nieuniknione. Ben Simmons – numer jeden draftu z 2016 r., twarz „Procesu”, jak wiele lat temu ochrzczono pomysł spokojnej, długofalowej odbudowy 76ers, którą miało zwieńczyć mistrzostwo – nie chce bowiem dłużej grać dla Philadelphii.



Choć napisać „nie chce” to mało. Simmons na początku sierpnia spotkał się z władzami 76ers. Zdaniem świetnie poinformowanego Briana Windhorsta z ESPN, koszykarz miał powiedzieć: – Moja noga w klubowym budynku nigdy więcej nie postanie.

Joe Harris, czyli właściciel 76ers, Daryl Morey (dyrektor sportowy), Elton Brand (generalny menedżer) i trener Doc Rivers specjalnie pofatygowali się aż do Los Angeles. Simmons nie dość, że wyniósł się z Filadelfii, to już wcześniej przestał odbierać telefon od kogokolwiek z organizacji. Łącznie z niedawnymi kolegami z parkietu. Oświadczył też, że nie zamierza stawić się na obozie przygotowawczym przed nowym sezonem. – Doświadczenie z lat pracy przy lidze podpowiada mi, że takie sytuacje można podsumować dwoma słowami: to koniec – mówił na antenie ESPN Windhorst.

Skąd aż tak kategoryczne podejście Simmonsa do jego macierzystego klubu? Choć latami w Filadelfii przekonywano, że trzeba „ufać procesowi”, w ostatnim sezonie coś pękło. Boleśnie i nieodwracalnie.  To była chwila. Końcówka siódmego, decydującego meczu serii z Atlantą Hawks. Zwycięzca brał wszystko, a stawka była naprawdę wysoka: awans do finału Konferencji Wschodniej, perspektywa gry w finale, a na końcu tej drogi – mistrzowskie pierścienie.

76ers wjechali na autostradę do finału. Składały się wszystkie elementy układanki – zespół zakończył sezon jako najlepszy na Wschodzie, w play-off niczym bestia grał Joel Embiid, w końcu liderzy mieli oparcie w graczach drugiego planu (Danny Green, Seth Curry, Dwight Howard), atutem miał być też trener Doc Rivers, którego ściągnięto do Philly ze względu na mistrzowskie doświadczenie (wygrał ligę w 2008 r. z Celtics). A poza wszystkim był to sezon wyjątkowy, w którym faworyci i Wschodu, i Zachodu – Miami Heat, Brooklyn Nets, Los Angeles Lakers, czy Denver Nuggets – odpadli zdziesiątkowani przez kontuzje. Było więc niemal pewne, że po tytuł sięgnie ktoś z cienia, ktoś nowy, świeży. Kiedy, jeśli nie teraz?

Wróćmy do meczu z Hawks. Do końca trzy i pół minuty, 76ers przegrywali, ale tylko 86:88, w dodatku grali przed własną publicznością, wszystkie atuty były po ich stronie. Aż do TEJ chwili. Ben Simmons miał piłkę w ręce, szukał miejsca pod koszem. Udało mu się przepchnąć Danilo Gallinariego i utorować sobie drogę do kosza. W zasadzie był już sam na sam z obręczą. Ale – z sobie tylko znanych przyczyn – postanowił oddać piłkę do Matisse’a Thybulle’a. Ten był faulowany, miał szansę na punkty z linii rzutów wolnych, ale nie to było ważne: w tej jednej chwili kula śnieżna, która rozpędu i masy nabierała latami, zderzyła się ze ścianą. I rozpadła na miliony drobnych kawałeczków. „Od tej akcji już nic w Filadelfii nie będzie takie samo” – pisał wówczas serwis „The Ringer”. Kula ulepiona była głównie z dwóch elementów – niespełnionych nadziei i ambicji drużyny oraz braku pewności siebie bądź – jak stwierdził Charles Barkley – bojaźni Simmonsa. Bojaźni przed rzucaniem.

Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Simmons to jedna z największych gwiazd ligi, to jednak nie potrafi on rzucać z innej strefy niż podkoszowa. W całej karierze, w 275 meczach sezonu zasadniczego, gracz Sixers trafił tylko pięć trójek. W tym trzy w ostatnim sezonie. W ostatniej dekadzie średnia rzutów za trzy oddawanych przez każdą drużynę w jednym meczu wzrosła z 18 do aż 32. W koszykówce XXI w. to podstawowa umiejętność nie tylko graczy niskich, ale także i centrów (którzy, paradoksalnie, wcale nie muszą trafiać wystarczająco często, wystarczy, że grożąc takimi rzutami trzymają przy sobie obrońców), element, który determinuje taktykę każdej z ekip w NBA.

Ben Simmons rzucać nie umie. Kilka razy z tego powodu doszło do zawstydzających wręcz obrazków – kiedy gracz Sixers zbierał się do rzutu za trzy, rywale machali na niego ręką. LeBron James w jednym z meczów upokorzył Simmonsa w ogóle go nie kryjąc, gdy ten stał z piłką na obwodzie.  To kolejny paradoks – James jest bowiem wielkim miłośnikiem talentu Simmonsa. Twierdzi, że może być on jego następcą w roli „Króla”. To nie kurtuazja. W drafcie do ostatniego Meczu Gwiazd James wybrał Simmonsa do swej drużyny jako drugiego. – To facet, który gra twardo w każdej akcji – mówił.

Przyjaźnią się od lat – to James wciągnął Simmonsa do rodziny: i do prestiżowej agencji Clutch Sports, ale i paczki przyjaciół z Dwaynem Wadem na czele. O młodszym koledze nie mówi i nie pisze inaczej niż „mój braciak”. – Ma szansę stać się lepszym ode mnie, ale nie da się przeskoczyć kilku stopni naraz. Ben musi włożyć w proces mnóstwo pracy – mówił „Król” w 2015 r., gdy Simmons opuszczał uniwersytet w Luizjanie i szykował się do draftu w NBA.

Simmons ma bowiem niemal wszystkie atrybuty koszykarza perfekcyjnego – ma aż 211 cm wzrostu, ale znakomicie kozłuje, ma świetny przegląd pola i zmysł do asyst, jest niezwykle atletycznie zbudowany. Kłopot jest jeden – bardzo, ale to bardzo słabo rzuca z dystansu i półdystansu. W ostatnich play-off trafiał ledwie co trzeci rzut wolny (34 proc.). Rywale faulowali go, wiedząc, że z linii i tak najprawdopodobniej spudłuje. Spirala się nakręcała – czując coraz większą presję Simmons bał się oddawać jakiekolwiek rzuty. W 12 meczach play-off trafiał średnio tylko 12 punktów. Kibiców miał po swojej stronie, choć z pewnością musiało być to frustrujące – z jednej strony być gwiazdą drużyny, której płaci się 177 mln dol. za pięć lat gry, z drugiej słuchać z trybun okrzyków i instrukcji, jak oddać rzut wolny, by trafić w środek obręczy.

„Ben Simmons każdego lata wrzuca na swój Instagram wideo, na którym wygląda niczym Reggie Miller – trafia trójki jedna po drugiej. Instragramowa wersja Simmonsa jest dokładnie tym, kim chcielibyśmy, jako fani Sixers, by on był. Ale potem przychodzi sezon i dzieje się to, co zawsze – po prostu zawodzi. Fani są przyzwyczajeni, że Simmons rozczaruje ich w dziewięciu na dziesięć nocy” – mówi w podkaście Chris Ryan z „The Ringer”. Jeśli Simmons trafia, to najczęściej ze strefy podkoszowej („pomalowanej”). W ostatnim sezonie trafił z niej aż 290 z 494 rzutów (58,7 proc.). Wystarczy jednak, że minie linię rzutów wolnych (stamtąd trafia jeszcze z niezłą, 42-procentową skutecznością), a w stronę obręczy lecą cegły.

Być może dlatego akcja z meczu z Hawks tak bardzo rozczarowała wszystkich wokół. Simmons wystraszył się bowiem nie rzutu z dystansu, a spod samego kosza – czyli czegoś, w czym jest dobry.  – Myślę, że to, co wkurza najbardziej kibiców Sixers, to fakt, że Ben jest wystraszony. Giannis Antetokounmpo nie rzuca lepiej wolnych, ale się nie boi! – przekonuje legenda NBA Charles Barkley.

76ers tamten mecz oczywiście przegrali i odpadli z play-off. Lawina ruszyła. Od Simmonsa odwrócili się nie tylko fani, ale i jego ludzie z Sixers. Joel Embiid, dotąd wierny przyjaciel, nie wziął go w obronę. Z kolei Doc Rivers powiedział: – Nie mam pojęcia, czy Ben kiedykolwiek osiągnie poziom, który sprawi, że będzie liderem drużyny o mistrzowskich aspiracjach.

To ponoć wtedy Simmons podjął decyzję, że nie chce mieć z nimi nic więcej wspólnego. Embiid co prawda w ostatnim czasie tłituje dużo o ich nierozerwalnej przyjaźni i wierności, ale wygląda na to, że to tylko puste słowa. Także wsparcie ze strony organizacji może być ulotne – Adrian Wojnarowski z ESPN już od miesięcy pisze planach Sixers dotyczących oddania Simmonsa, który już rok temu był bliski, by trafić do Houston Rockets w zamian za Jamesa Hardena.

Choć niemal każda drużyna dałaby się za Simmonsa pokroić – to wciąż młody, 25-letni gracz, który, jak tylko doda do repertuaru rzut za trzy i w nowym środowisku nabierze na nowo pewności siebie, może stać się nowym królem ligi – mało kto jest w stanie zaoferować tyle, ile chcieliby w zamian działacze z Filadelfii. Odpowiedniego zestawu graczy do wymiany nie byli w stanie skonstruować już m.in. Golden State Warriors, Sacramento Kings, czy Minnesota Timberwolves. Pole się zawęża, zaczyna też brakować czasu.

Sixers są w kropce. I zmuszają Simmonsa, by przyjechał na obóz przygotowawczy. Straszą karami – za każdy opuszczony dzień pracy Simmons ma płacić 227 tys. dol, a to oznacza 1,3 mln dol. za pierwszy tydzień zgrupowania.  – Nie możesz szantażować drużyny, która płaci ci 200 mln dol. tylko dlatego, że chce, byś grał w cholerną koszykówkę, a ty jesteś zły, bo oni ci karzą – mówi Barkley, który pierwsze osiem lat kariery spędził w Filadelfii. W kwestii przepychanek na linii Simmons – klub z Filadelfii smaczku dodaje fakt, że karierę 25-latka pilotuje agencja Clutch Sports, która w stajni ma niemal wszystkie gwiazdy ligi. I gra toczy się także o realną władzę w NBA. Kto ustąpi pierwszy – Sixers czy muszący płacić bajońskie kary za swojego klienta Clutch Sports?

źródło: sport.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, NBA

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2021-09-07

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Koszykówki All rights reserved